piątek, 14 czerwca 2013

Jeszcze jeden dzień z podróży wyjęty...


Pisałem o 1 w nocy więc  nie bić ;) Ogólnie to Ave wszystkim co moje wypociny czytają :D Musiałem zarwać nockę, a że nie miałem nic lepszego do roboty postanowiłem trochę napisać, niestety ale trochę nudny fragment... Mniej więcej w tym momencie urywa mi się koncepcja i powraca dopiero hen, hen daleko więc jak by ktoś miał jakikolwiek pomysł, śmiało można w komentarzu, czy to prywatnie mi owy pomysł podsunąć, nawet jak będzie to tylko ogólny zarys itp. co by się mogło dalej stać... Potrzebuję weny! A niestety gdy już ja mam nie jestem raczej w stanie obmyślać co by tu dalej zrobić, po prostu piękniej przelewam na monitor wcześniej zarysowane sceny... Jakaś konstruktywna opinia by się przydała... I jakaś dłuższa rozmowa na ten temat, może wpadł bym na pomysły... Dzięki wielkie za czytanie tego! Jeszcze raz pozdrawiam ;)



Jeszcze raz rozejrzał się uważnie po czym niespiesznie zaczął przygotowywać się do dalszej drogi. Zdążył usiąść przy jednym z drzew by odsapnąć sobie, gdy z gęstwiny wyłoniła się Sylvia, zamyślona nad czymś... Alantar uśmiechnął się lekko i wstał zarzucając sobie plecak na plecy, stękając przy tym cicho. Spojrzał na nią, po czym bez słowa ruszył, z początku powoli, a gdy tylko go dogoniła, szybciej. Przez cały dzień powoli parli przed siebie, przez gąszcz drzew i krzewów, nie wiedząc gdzie dokładnie są, zmierzając w kierunku drogi, która przecież mogła być zupełnie gdzie indziej... Mozolna podróż, nie ucieczka, tego właśnie mu było trzeba. To że Władający Mocą mieli by ich znaleźć było teraz tak mało prawdopodobne. Może właśnie dzięki temu przeczuciu ulżyło mu? Napięcie minionych dni, tygodni znikało wraz z kolejnymi kilometrami trudnej podróży, zostawiając na jego twarzy uśmiech, który utrzymał się aż do wieczoru, a może i nocy kiedy to po raz kolejny zatrzymali się aby odpocząć. Tym razem przespał całą noc i obudził się przed Sylvią dzięki czemu miał czas aby przygotować skromny posiłek z szybko uszczuplających się zapasów, by już kilka chwil później znów znaleźć się na drodze do "wolności". Jeszcze przed tym jak słońce zaczęło zachodzić, trafili na trakt prowadzący przez las, ten o którym pamiętał Alantar, taką przynajmniej miał nadzieję, nie mniej jednak, najważniejsze było że nie byli sami na tym trakcie, w ich stronę powoli zbliżał się wóz zaprzężony w dwa konie, a na nim mężczyzna w średnim wieku w znoszonych ale całkiem przyzwoitych ubraniach. Zatrzymał się dopiero kilka kroków od nich, z wyrazem lekkiego zaskoczenia na twarzy...
- Zgubiliście się czy co? Co w tym lesie robi dwójka tak młodych ludzi? - Zapytał lekko podejrzliwie, w końcu naprawdę rzadko można było spotkać na tym trakcie kogokolwiek niepodróżującego konno, bądź na wozie.
- Można by tak rzec... - Odpowiedział szybko, zanim Sylvia zdążyła cokolwiek powiedzieć. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw więc musiał szybko wymyślić coś na poczekaniu... Żeby tylko Sylvia niczego nie spartaczyła...
- Kilka dni temu gdy jechaliśmy odwiedzić wujka napadli na nas zbóje, tata i starszy brat próbowali się bronić, a gdy jeden trafił mnie mieczem - Wskazał na swoją ranę na lewej ręce - musiałem się ratować ucieczką wraz z siostrą, była noc więc jakimś cudem udało nam się ich zgubić i od tego czasu błąkamy się po lesie, ale widać że szczęście nam dopisało dobry panie... - Spojrzał na Sylvię, a ta uśmiechnęła się smutno w stronę mężczyzny, który cały czas uważnie słuchał słów Alantara.
- I chcecie abym wam pomógł? A co jeśli jesteście zbiegami? Hm? - Odpowiedział mężczyzna na wozie, głęboko się zastanawiając...
- Mogę zapłacić, a uciekinierzy przecież pieniędzy nie mają? Nieprawda? Po złotej monecie od mnie i mojej siostry, co pan na to? - Tym razem i Alantar się uśmiechnął, jednak dobrze przewidział że kilka monet może mu się jeszcze przydać, a oferta którą złożył była nader hojna...
- Chyba masz rację chłopcze... - Mężczyzna przerwał na chwilę, po czym kontynuował: - Tak stawiając sprawę trudno mi odpowiedzieć nie, więc wskakujcie na wóz... - Uśmiechnął się lekko kończąc zdanie.
- Dziękujemy bardzo, dobry panie. - Odpowiedział z promiennym uśmiechem Alantar, zaś za jego przykładem Sylvia również uśmiechnęła się, po czym nie ociągając się, wsiedli na wóz, chłopak wygrzebał dwie złote monety i ruszyli... Ten etap ich podróży zapowiadał się lekko wyboiście, ale przynajmniej mogli odpocząć. I właśnie to robili, przez większość czasu śpiąc bądź rozmawiając z kupcem który przewoził swój mały ładunek. Jak się okazało zmierzali do Stealde, niewielkiego miasta, ale już nie miasteczka, oddalonego mniej więcej tak samo od stolicy jak od granicy Cesarstwa. Nie była to dobra nowina, w końcu im bliżej miasta stołecznego tym więcej Władających Mocą, przed którymi przecież uciekali... Jednak teraz liczyło się tylko jedno, żyli i przez jakiś czas żyć zamierzali, z każdym dniem zbliżając się do miasta. Przez cały ten czas Alantar zastanawiał się co robić, i mimo wszystko musiał pogodzić się z faktem że będą musieli tam zostać na dłużej, być może aż ich nie znajdą, co przecie było pewne. Prędzej czy później znajdą ich obojętnie jak dobrze się ukryją, tego był pewien. 

środa, 5 czerwca 2013

Początek nowej podróży...

Trochę mało, ale jakoś zmogło mnie dzisiaj i więcej nie miałem jak napisać... Jeszcze może w weekend albo wieczorkiem coś napiszę ;) Mam nadzieję że się podoba :) Przy czym dalej proszę mówić co nie tak itp.


W pewnym momencie swych przemyśleń po prostu odpłynął, zasypiając... Obudził się gdy jeszcze było ciemno, za sprawą jakiegoś zwierzęcia które musiało przebiec niedaleko, łamiąc jakąś gałąź. Alantar nawet nie spróbował wstać, zamknął ponownie oczy i po kilku chwilach zasnął. Tym razem gdy tylko otworzył oczy, przed sobą miał twarz Sylvii, która potrząsała go za zdrowe ramię. Uśmiechnął się i powoli usiadł, nadal krzywiąc się, rana miała mu dokuczać jeszcze długi czas... Sylvia usiadła obok i zajrzała do plecaka, który był w połowie pusty. To nie był dobry znak. Alantar powoli wstał, podtrzymując się pnia drzewa i ostrożnie postawił kilka kroków, nie było tak źle, zdążył mniej więcej odzyskać siły, choć gdyby miał teraz uciekać przed realnym zagrożeniem, długo by sobie nie poradził... Na tyle na ile mógł, pomógł dziewczynie w zwinięciu "obozowiska", po czym zarzucił sobie plecak na "grzbiet", dostarczając sobie kolejnej dawki bólu przeszywającego lewą rękę. I tak oto wyruszyli w dalszą podróż, kierując się w stronę traktu o którym wiedział, oczywiście o ile nie pomylił kierunków... Z początku szedł w ciszy, powoli przemierzając leśną gęstwinę, lecz ciekawość zwyciężyła i postanowił co nieco dowiedzieć się o towarzyszce podróży. I właśnie tak rozwinęła się długa rozmowa w której opowiedział jej nieco z swojego życia, głównie moment ucieczki, pomijając kilka faktów, o których nie chciał wspominać, sam zaś dowiedział się iż matka Sylvii była uzdrowicielką i zielarką, a jej ojciec służył swego czasu w armii gdzie zginął z rąk jakiś zbójów podczas jednego z patrolu. Prócz tego, okazało się że jej matka również była czarodziejką i to właśnie od niej Sylvia nauczyła się jako tako kontrolować swój dar i dopiero niedawno Władający Magią znaleźli je. Potem, cóż, jej matkę zabito na miejscu, ona sama uciekła i tak się spotkali... Ona przynajmniej nie musiała sama stawiać czoła wszystkiemu, przemknęło mu przez myśl, gdy zastanawiał się nad jej słowami. On sam wychował się w kupieckiej rodzinie, ojciec w domu był na krótko, nigdy do końca nie wiadomo było kiedy wróci, zaś jago rodzicielka, cóż, również zajmowała się handlem, choć tutaj tylko w rodzinnym mieście. Zawsze miał dużo czasu wolnego, nikt nie pilnował kiedy wraca do domu, czy co robi poza nim, nie żył co prawda jak wielmoża, ale wspominając teraz, nie miał na co narzekać... Teraz cieszył się że nikt nie zwracał uwagi iż ćwiczył jak walczyć, ba w swoim domu zostawił dwa piękne ostrza, których nie miał jeszcze okazji użyć w prawdziwej walce... Zatrzymali się pod wieczór, zmęczeni, ale żywi, zjedli skromny posiłek i zasnęli, obok siebie, każde rozmyślając o czym innym. Gdyby mógł, zasnął by i się nie obudził, jednak los nie był dla niego łaskawy i gdy tylko otworzył oczy, spostrzegł coś niepokojącego... Mimo iż była bardzo wczesna godzina, przed świtem, Sylvii nie było. Rozejrzał się szybko, prawą ręką sięgając po rękojeść sztyletu u pasa. Po jego towarzyszce nie było śladu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, za to "brzeszczot" znajdował się na miejscu. Ociężale i z grymasem na twarzy wstał, przeklinając w myślach swoją ranę...