czwartek, 26 grudnia 2013

Wspomnienia

Ave, dawno nic nie pisałem, brak weny, wolnego czasu, nieco brak chęci, nikt nic nie komentuje, nawet nie wiem ile osób tak naprawdę czyta moje wypociny... Pisane w częściach, choć lwią część napisałem dzisiejszej nocy. Może teraz będę częściej coś wrzucał, zobaczę... Przynajmniej dużo tekstu tym razem :D Miłego czytania ;) 






Jego sen nie był przyjemny... Najpierw zobaczył Ją... Uśmiechającą się smutnie w jego stronę, zostawiając na ustach pocałunek którego nie mógł zapomnieć by zaraz zniknąć, odejść w mgle która zaprowadziła go do sali tortur, całej spowitej krwią, szumu liści na polanie powoli zmieniającej się w morze krwi, ilu on już zabił? Jeszcze wiosną uczył się walczyć pod okiem Darena, "bawił się" wraz z swoimi znajomymi, nie zwracał uwagi na słowa matki i ojca. Mimo tego iż żył w Cesarstwie, nie miał złego życia... A teraz? Widział przed oczami twarze ludzi których zabił. Wokół niego zapanowała ciemność, gęsta czarna mgła spowiła cały otaczający go świat, słyszał szepty, czyje? Rozglądał się uważnie, w każdej chwili gotowy skoczyć. Kiedy to weszło mu w nawyk? Mimo strachu pozostawał spokojny, skupiony, czekał na atak jakby robił to całe życie, jak wiele się zmieniło od wiosny... Z mało znaczącego chłopaka który nie wyróżniał się specjalnie od reszty młodzieży "walczącej" z zasadami Cesarstwa, stał się wyrzutkiem, wiecznie ściganym magiem, zabójcą. Zyskał niewyobrażalną wcześniej siłę, ale za jaką cenę? Chyba każdy kogo znał chciał kiedyś zostać magiem, on sam też, ale to były jedynie marzenia które miały się nie spełnić, ulotne chwile zapomnienia kiedy nie zwracało się uwagi na konsekwencje... Przez magię stracił dziewczynę w której się zakochał, stracił dom, rodzinę, poprzednie życie, to przez nią musiał teraz uciekać i prosić o pomoc kobietę której nie znał, wiedząc jak to się może dla niej skończyć... Mgła powoli zaczęła przyjmować kształty człowieka który coś mówił, lecz Alantar nie był w stanie dosłyszeć co takiego wypowiedziało widmo, które w następnej chwili zniknęło rozpływając się. Wraz z nim zniknęła mgła i pozostała tylko ciemność, w której pojawił się szum liści, odgłos łamanej gałęzi, pohukiwanie sowy... Chłopak otworzył oczy i rozejrzał się. Przypomniał sobie gdzie jest, znów usłyszał sowę, gdzieś tam, za ścianami domu gdzie niepodzielną władzę dzierżyła noc... Mrugnął kilka razy, po czym znów zamknął oczy, próbując zasnąć, co też po pewnym czasie udało mu się...

Wspomnienia które nie umierają...

Alantar ziewnął i przeciągnął się przechodząc przez wrota prowadzące poza rodzinną mieścinę, Lynth i uśmiechnął pod nosem. Nie miał dzisiaj niczego konkretnego do zrobienia więc ruszył udeptaną ścieżką prowadzącą do lasu, gdzie zamierzał popływać w pobliskim jeziorze, a może bardziej jeziorku... Uśmiech tym bardziej nie schodził mu gdy słyszał brzęk sakiewki która dzięki kilku ostatnim ciężkim dniom stała się prawie pełna. Od kilku dni słońce miło grzało, a dzięki wieczornemu deszczowi, droga teraz nie pyliła się. Chłopak szybko dotarł do swojego celu i radośnie zaczął rozkoszować się swym czasem wolnym. Woda była trochę za zimna, ale po kilku chwilach nie było to problemem, toteż Alantar wyruszył w drogę powrotną dopiero trochę przed południem, spokojnym krokiem kierując się przez leśne zastępy w stronę drogi. Już po wyjściu z lasu usłyszał za sobą konia w lekkim kłusie i odwrócił się zaciekawiony. Spodziewał się jakiegoś posłańca, tropiciela, bądź innego żołdaka Cesarstwa, a zobaczył dziewczynę w białej sukni, a może sukience? Z tej odległości nie mógł stwierdzić. O dziwo kary koń którego dosiadała po kilku chwilach nie minął go, a zatrzymał się obok, zaś Alantar mógł uważniej przyjrzeć sie dziewczynie, co skwitował z uśmiechem... W końcu jego oczom ukazała się naprawdę ładna dziewczyna, drobna, zgrabna i jak na swój wiek, całkiem kobieca, a nie mogła być od niego starsza więcej jak dwa lata, co dawało maksymalnie osiemnaście wiosen... Znów uśmiechnął się, tym razem wyraźniej w stronę dziewczyny, a nie sam do siebie.
- Całkiem ładne zwierzę... - Odchrząknął i wskazał palcem karego.
- Dziękuję... Mieszkasz może tutaj? - Tym razem to dziewczyna wskazała palcem, na szczęście nie konika, a bramę miasteczka do którego właśnie zmierzał Alantar.
-  A gdzie indziej mógł bym mieszkać? W okolicy nie ma żadnych wsi, chyba że chce się jechać trochę ponad pół dnia. - Posłał w jej stronę kolejny uśmiech.
- Aż tak długo? - Mina dziewczyny lekko skwaśniała, chyba nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, ale cóż, skąd on mógł by wiedzieć czego ona chce?
- W takim razie... Anastasia, miło mi poznać - Skłoniła lekko głowę w jego stronę
- Alantar, cała przyjemność po mojej stronie - On za to pochylił się w lekkim ukłonie
- Wiem że nie wypada, ale mam do Ciebie prośbę, chciałam dowiedzieć się gdzie leży najbliższa wioska i tam zostać na kilka dni, ale skoro trzeba tam tyle jechać, muszę zawitać tutaj... Mógłbyś przedstawić mnie jako swoją kuzynkę? - Uśmiechnęła się z zakłopotaniem w jego stronę, zaś on jak nigdy nie odwzajemnił uśmiechu, tylko spojrzał na nią z zdziwieniem. Na szczęście szybko  się opanował i radosny wyraz powrócił na jego twarz... Zaśmiał się cicho...
- Jeśli pozwolisz ukraść się na dzisiejszy wieczór, czemu nie? - Znów obudziła się w nim ta łobuzerska krew... A zwykle miał takie problemy z rozmową z dziewczynami. Cóż, tym razem to nie on musiał zaczynać rozmowę...
- Z chęcią... Nie była bym sobą gdybym powiedziała nie. - Uśmiechnęła się, tym razem już normalnie i trzeba przyznać że był to piękny widok.
- W takim razie w drogę. - Alantar klepnął karego lekko po zadzie i ten ruszył powoli dotrzymując kroku chłopakowi.
- Masz gdzie się zatrzymać? Z tego co rozumiem to nie... Przy okazji pokażę ci gdzie można tanio się przespać, a przy okazji przyzwoicie zajmą się konikiem. - Po kilku sekundach niezręcznej ciszy, dziewczyna odpowiedziała:
- Dobrze rozumiesz. Jak najtaniej poproszę, nie mam dużo oszczędności. -
- Jak każdy... Jeśli można, co Ciebie tutaj sprowadza? Pierwszy raz Cebie tutaj widzę. -
- Po prostu szukam miejsca gdzie mogłabym zatrzymać się na trochę, z dala od większych miast. - Odpowiedziała wymijająco, toteż Alantar zamilkł na chwilę, aż do momentu kiedy jeden z Strażników nie zatrzymał ich.
- Wracasz nicponiu? Kogo przyprowadziłeś? - Strażnik otaksował wzrokiem dziewczynę.
- Moja kuzynka, taka niezapowiedziana wizyta, więc nie miała za bardzo jak kogokolwiek uprzedzić, ale na szczęście trafiliśmy na siebie na drodze. - Przerwał na chwilę odgarniając niesforne kosmyki.
- Eh, wchodź Alantar, nie zwracaj mi głowy... - Odpowiedział strażnik z skwaszoną miną. Ile razy by nie karać chłopaka, ten dalej miał w sobie tą beznadziejną brawurę, tym bardziej nie miał najmniejszej ochoty sprawdzać czy mówi prawdę, to mogło spowodować tylko jeszcze więcej kłopotów, a tego przecież nie chciał. Alantar zaś z uśmiechem na ustach złapał lejce karego i poprowadził go początkowo w stronę rodzinnego domu by zaraz skręcić do jego ulubionej karczmy... Sama droga upłynęła w ciszy którą przerwał dopiero przed drzwiami oberży.
- Jesteśmy na miejscu, karczma "Morska Przystań" wita. - Sama nazwa była raczej mało adekwatna, do morza mieli cały szmat drogi , a Alantar nie był nawet pewien czy sam właściciel kiedykolwiek je widział...
- Przyjemna nazwa... Dziękuję za pomoc. - Uśmiechnęła się lekko i zgrabnie zeskoczyła z konika. Alantar zaś wszedł do środka i już  po chwili wyłonił się z powrotem by zaprowadzić do mieszczącej się za właściwym budynkiem, niewielkiej ale zadbanej stajni. Chłopak szybko rozporządził wierzchowca, opowiadając Anastasi o swoim mieście. W momencie gdy weszli do karczmy, uśmiech Alantara stał się jeszcze większy... Te niezliczone godziny jakie tu spędził były jednymi z lepszych wspomnień...
- Chcesz coś zjeść? Tutejszy kucharz naprawdę świetnie przyrządza kurczaka... - Po raz kolejny uśmiechnął się do niej, tym razem z wzajemnością, choć w uśmiechu dziewczyny można było dostrzec nutkę niepewności.
- Jak bym mogła sobie pozwolić na takie wydatki to z chęcią zjadła bym coś takiego, ale naprawdę muszę oszczędzać...
- W tym momencie to nie problem... - Z tymi słowy ruszył do karczmarza, gdzie zamówił wcześniej wspomnianego kurczaka, oraz kilka innych rzeczy... Z początku wspólna rozmowa nie szła za dobrze, dziewczyna unikała opowiadania czegokolwiek o sobie i dopiero w połowie posiłku udało się Alatarowi przekonać ją do siebie, przez co dalsza część "biesiady" minęła w miłej atmosferze. Chłopak dowiedział się że Anastasia nie wie jak długo zamierza zostać w Lynth, ani nie wie co tu będzie robić, jeśli miała by zostać dłużej niż kilka dni. Po posiłku udali się na małą przechadzkę po miasteczku, dzięki czemu dziewczyna mogła lepiej poznać miasto, zaś Alantar dłużej nacieszyć się z towarzystwa nowopoznanej piękności... Rozstali się dopiero kiedy Anastasia zrobiła się senna i postanowiła odpocząć po wyprawie. I tak oto o całkiem późnej porze chłopak samotnie przemykał uliczkami miasta, jednak nie jak można by się spodziewać, rodzinnego domostwa, a wręcz w  przeciwnym kierunku, do domu swego mentora Garathasa. Ten już nieco starszy mężczyzna nauczył go bardzo wiele, może nawet więcej niż jego własny ojciec... Tyle że o ile ojciec uczył Alantara zasad kupiectwa, wszelakiej etykiety, praw, geografii, to Garathas uczył chłopaka jak władać bronią, skradać się, jak przeżyć w lesie, górach... A w Cesarstwie wiedza ta niestety nie byłą powszechnie dostępna. Walki uczono dopiero po zaciągnięciu do wojska, bądź straży. Oczywiście wielu owe zakazy łamało, jednak mało kto miał takiego nauczyciela. Chłopak miał szczęście że Garathas zobaczył w nim coś co skłoniło go do przekazania swojej wiedzy. I tak oto już w piwnicy wojownika po raz kolejny zmierzyli się z sobą. Walczyli stępioną, ale prawdziwą bronią, o której pochodzenie Alantar wolał się nie pytać, w końcu prócz straży, wojska i niekiedy najemników, nikt oręża nie posiadał, albo się do tego nie przyznawał. Wymienili między sobą kilka ciosów, tak na rozgrzewkę, a potem zaczęli... Po dwóch godzinach Alantar zdyszany i poobijany zmierzał w stronę rodzinnego domostwa. Miał za sobą dzień pełen wrażeń, co sprawiło iż mimo znużenia, uśmiechnął się szeroko. Już w domu opadł na łóżko i zasnął... Rano jak zwykle zszedł na śniadanie, przywitał się z wszystkimi, zjadł i wyszedł. Nie miał obowiązków w domu, zaś Haroll, tutejszy drwal u którego pracował Alantar nie lubił kiedy ten spóźniał się. Alantar zawsze się temu dziwił gdyż Haroll płacił mu od wykonanej roboty, nie zaś ile ją robił, toteż gdy tylko zrobił swoją dzienną działkę, mógł robić co chce. Niekiedy bywało że kończył przed południe, a niekiedy pracował do późnej nocy, jednak sama praca chłopakowi się podobała, drwal nie był specjalnie skąpy i płacił uczciwie, a co ważniejsze dla Alantara, cały czas pracował nad swoimi mięśniami. Mimo tego na pierwszy rzut oka trudno było by powiedzieć iż jest dobrze zbudowany, szczupły, raczej nie wysoki, dopiero po zdjęciu koszuli można było dostrzec rzeźbę której wielu jego rówieśników mu zazdrościło. Rytmiczny stuk topora o pieniek, poezja dla uszu która pozwalała chłopakowi zatopić się w własnych myślach. Gdy skończył układać stos porąbanych drewek, najprawdopodobniej na opał dla kogoś kto był na tyle leniwy że wolał zapłacić więcej za porąbanie drewna, co przecież mógł zrobić sam... Czasami wydawało się że jednak są w Cesarstwie ludzie którzy mają za dużo pieniędzy... Tak, gdy skończył słońce powoli chowało się za koroną drzew. Chłopak pożegnał się z drwalem i ruszył do karczmy. Tak jak to miał w zwyczaju... Niektórzy by powiedzieli iż jest trochę za młody, jednak jak na razie wszyscy którzy tak twierdzili, szybko swe zdanie zmieniali... Już po przekroczeniu drzwi, na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech. Dostrzegł przyjaciół siedzących przy jednym z stołów, już lekko podchmielonych.
- Witajcie! - Zakrzyknął  i przysiadł się obok. Sama grupa nie była duża, składała się z pięciu osób razem z Alantarem. Usiadł obok Uliego który był z nich najmłodszy, za to największy, o głowę wyższy od Alantara, dalej, po drugiej stronie przytuleni do siebie Mira i Leen, prawie nierozłączna para kochanków. To byli jego najlepsi przyjaciele, to na nich mógł liczyć gdy potrzebował pomocy i to właśnie dla nich był w stanie zrobić prawie wszystko.
- Co tam słychać Al? - Zagadnął Uli, uśmiechając się szeroko i wciskając Alantarowi kufel pełen jakże podłego piwa.
- Nie uwierzysz kogo wczoraj poznałem... - Chłopak rozejrzał się po komnacie, przysunął się bliżej przyjaciela i dyskretnie wskazał na Anastasię, która siedziała sama jedząc coś.
- Widzisz tą ślicznotkę? - Pociągnął porządnie z kufla, opróżniając go praktycznie do połowy.
- Ah... Wracając  do tematu... Idę sobie drogą z lasu, a tu nagle podjeżdża ta dziewczyna. No i się mnie pyta gdzie jest najbliższa wioska, no i jak usłyszała odpowiedź to postanowiła jedna tutaj się zatrzymać, pomogłem jej wejść bez pytań do miasta - Zaśmiał się cicho.
- I tak do wieczora rozmawialiśmy sobie, nawet co nieco zjedliśmy razem, mówię ci... Jak spróbujesz do niej podejść to będę musiał ciebie obić. - Uśmiechnął się radośnie od ucha do ucha.
- Cud, miód, normalnie... Anastasia się zwie... - Na tym zakończył. Uli zaśmiał się głośno, pociągnął kolejny łyk piwa i odpowiedział.
- Wierzę na słowo... Anastasia powiadasz? Ładnie... - Przerwał dostawszy kuksańca od Alantara, co obaj skwitowali śmiechem.
- Z czego tak się śmiejecie? - Zapytał Leen, chyba skończywszy rozmowę z Mirą.
- Ah, nic, opowiadałem Uliemu o tej dziewczynie. - Chłopak znów wskazał Anastasię, tym razem mniej dyskretnie...
- Co znasz ją? - Zapytał Leen
- Ja jej na pewno nie znam... Nie jest stąd? - Odezwała się Mira
- Tak znam, i tak nie pochodzi z tego miasta... - Al znów się uśmiechnął.
- A teraz wybaczcie, idę rozwijać znajomość - Puścił oczko do nich, dopił duszkiem zawartość kufla i odszedł, by zaraz przysiąść się do Anastasi.
- Jeśli można, przysiądę się - Nie czekając usiadł i uśmiechnął się.
- Witam Anastasio. Jak się podoba Lynth? - Dziewczyna przez chwilę nie odpowiadała, lekko zdziwiona, czy to pytaniem, czy to ponownym spotkaniem chłopaka.
- Witaj, już mówiłam, nie najgorzej... Nie sądziłam że ciebie jeszcze spotkam... -
- Cóż, to moja ulubiona karczma, toteż trudno było by się nie spotkać... - Znów posłał jej promienny uśmiech.
- Chyba muszę przyznać rację. - Odpowiedziała i wzięła kęs uda kurczaka które najwyraźniej było jej kolacją. Cóż, chłopak musiał przyznać iż nie była szczególnie rozmowna...
- Masz na dzisiejszy wieczór jakieś plany? Z chęcią pokazał bym Tobie resztę miasta. - Jak mawiał mędrzec, każda wymówka nie jest zła, czy jakoś tak... W każdym bądź razie dziewczyna przez chwilę zastanawiała się w ciszy...
- Jeśli się tobie chce... Daj mi proszę tylko dokończyć jedzenie. - Uśmiechnęła się do niego lekko, prawie niezauważalnie.
- Oczywiście. - Uśmiechnął się. Cóż, udało mu się... Długo jej to nie zajęło i już kilka chwil później chłopak znów oprowadzał ją po mieście. Widać było że w miarę upływu czasu, Anastasia coraz bardziej przekonywała się do Alantara, mimo iż jak zauważył, nie było jej to na rękę... I tego w niej nie rozumiał... Przez następne kilka dni widywali się coraz częściej, chłopak nawet zapoznał ją z swymi przyjaciółmi. Anastasia postanowiła zostać w mieście na dłużej, i z pomocą Alantara znalazła nawet pracę u miejscowej aptekarki. Powoli zaczynała otwierać się przed chłopakiem, opowiadać co nieco o swojej historii, o samej sobie, zaczynała coraz więcej czasu spędzać z Alantarem i jego przyjaciółmi którzy przyjęli ją całkiem ciepło...

Ah, czyli tak to się zaczęło?

Minął miesiąc odkąd poznał Anastasię, był ciepły letni wieczór, a on leżał beztrosko na trawie poza miastem, zaś obok niego opierając głowę na jego ramieniu leżała Anastasia... Miesiąc temu nie przypuszczał że przydarzy mu się taka historia... Choć też trzeba mu było przyznać iż zajęło mu to całkiem sporo czasu. Spojrzał na nią, uśmiechnął się, zaś ona odwzajemniła ten uśmiech, zbliżyła się aż poczuł jej oddech.
- Co tam przed chwilą wyszeptałeś? - Zapytała ledwie dosłyszalnym szeptem, uśmiechając się leciutko. Chłopak spojrzał jej w oczy, ich usta praktycznie się stykały...
- Zakochałem się... - Szepnął
- Kocham ciebie... - Tyle zdążył powiedzieć, dziewczyna pocałowała go, a on odwzajemnił pocałunek. Znowu przebiegł go ten dreszcz który towarzyszył każdemu dotknięciu jej skóry, a zarazem poczuł jeszcze coś... To nie był pierwszy raz jak całował się z dziewczyną, lecz jeszcze ani razu nie czuł się tak jak teraz, nie wiedział nawet jak by to opisać... Gdy przerwali zamrugał, po czym znów ją pocałował... Już po rozstaniu nie mógł pozbyć sie tego wrażenia. Wrażenia które nie dawało mu spokoju. Tej nocy nie spał, rozmyślając  o nowej miłości... Tak się jeszcze nie czuł... Kolejne dni były jednymi z najszczęśliwszych w jego życiu, przynajmniej takie miał wrażenie. Dopóki do Lynth nie zawitał Cesarski śledczy, o ile można tak było powiedzieć o tych bezwzględnych kreaturach które ścigały co groźniejszych buntowników i im podobnych. To właśnie z jego powodu karczma "Morska Przystań" została nawiedzona przez patrol straży który nie miał zamiaru nic wypić, za to wypytywał o Anastasię. Bramy miasta zostały zamknięte, a wyjście było możliwe jedynie po rewizji... Nagle Anastasia stała się co najmniej banitką. Co prawda dzięki chłopakowi jak na razie straż jej nie znalazła, jednak już wiedzieli kto ją znał, czy w jakich relacjach byli, w końcu nie ukrywali tego... Jak na razie Alantar próbował dowiedzieć się o co chodzi... A najprościej było niestety, spytać się Anastasi, na co wcześniej, zajęty jej ukrywaniem nie miał czasu, lecz teraz gdy już zdążył nieco ochłonąć, pytania same cisnęły się na usta. A gdy już chciał zadać jedno z nich, Anastasia z łzami zaczęła mówić...
- Przepraszam Al... Naprawdę przepraszam... Nie powinnam tobie tego robić... Nie powinniśmy zajść tak daleko... Wiedziałam że to tak się skończy... - Rozpłakała się. Alantar przytulił ją. Nie był w stanie być na nią zły... Pocałował ją w policzek...
- Już dobrze... Nic się nie stało... -
- Przepraszam... Nie chciałam... Sama się tym zajmę dobrze? Nie chcę aby ci się coś stało... - Dalej płakała, jednak teraz próbowała wyswobodzić się z objęć Alantara.
- Nie oddasz się w ich ręce... Rozumiesz to? - Przerwał na chwilę
- Już i tak jest za późno... Wolę abyś chociaż ty uciekła... Ja sobie poradzę... - Uśmiechnął się. Wiedział że to nie prawda, jeśli nawet uda mu się przemycić Anastasię, sam już raczej nagonce nie ucieknie, a kogoś muszą przecież złapać... Jednak było już za późno... Al nie zamierzał zmieniać zdania... Przez następne kilka godzin, aż do wieczoru obmyślał plan, nie słuchając sprzeciwów ukochanej. Nie miał dużo czasu... Mimo tego zdobył dla niej konia,  trochę prowiantu, ubrań, zaś dla siebie ostrze, oraz oliwę... Gdy noc spowiła miasto swoim całunem, niczym latarnia morska wśród sztormu rozbłysnął jeden z posterunków straży... Nie było to tak trudne, nikt nie spodziewał się że ktoś będzie na tyle odważny... Chwilę później znalazł się przy południowej bramie gdzie wyszedł na spotkanie czterem strażnikom. Uśmiechnął się, zamłócił w powietrzu ostrzem i powoli ruszył w ich stronę.
- Jorn, biegnij powiedzieć że jest tutaj Alantar! Ona musi być niedaleko! - Rzucił jeden z nich, najwyraźniej dowódca. Jorn, którego chłopak znał z widzenia szybko odłączył sie, najwyraźniej wykonując rozkaz...
- Myślisz że sam nas pokonasz? Nie bądź śmieszny chłopcze... -
- Chcesz się założyć że jeszcze wyjdę tą bramą? - Odpowiedział Alantar i sięgnął za pas by w następnej sekundzie rzucić wyciągniętym sztyletem w jednego z wartowników... Gdyby to jeszcze byli żołnierze... Niestety dla nich nie byli nimi, przez co jeden legł na ziemię z wbitym w pierś sztyletem, zaś pozostała dwójka rzuciła się na Alantara. Zaczęła się prawdziwa walka... Mimo przewagi liczebnej, żaden nie potrafił trafić chłopaka, choć nie dawali mu szansy na kontratak. Tak przynajmniej im się wydawało... Alantar chciał zwabić tutaj całą obławę... Garathas obiecał mu że zachodnią bramą którą miała uciec Anastasia zajmie się osobiście... Dzięki pożarowi oraz ogólnemu zamieszaniu łątwo będzie ich podmienić, a Sigmund i Elenor, dwójka strażników miała u niego dług, toteż musieli na to przystać... To dawało Anastasii co najmniej dzień przewagi... Po kilku minutach walki obaj strażnicy byli już nieźle spoceni, dyszeli ciężko... Nie było po co przedłużać tego... Al skoczył do przodu, pozwolił klindze przeciwnika ześlizgnąć gdy chwytał jego ramię, by w następnej chwili dotknąć szyi przeciwnika ostrzem tuż przy jelcu, idąc z pędem długie cięcie zostawiło głowę która trzymała się jedynie na połowie szyi. Drugi strażnik zdążył się obrócić, jednak gdy tylko zablokował nadlatujące ostrze, nie był w stanie zablokować stopy Alantara która wyrżnęła go prosto pod nos. W następnej chwili Al przeszył ostrzem jego klatkę piersiową... Garathas wyszkolił go aż za dobrze... Chłopak wyciągnął sztylet z pierwszego strażnika po czym szybko zaczął otwierać bramę.  Wybrał akurat tą gdyż zawsze trzymano tutaj przynajmniej jednego konia, którego teraz chłopak pogonił . Gdy zwierzę znikło w ciemnościach, odwrócił się i podszedł do trupów. I właśnie w tym momencie zobaczył nadbiegających ludzi, co najmniej kilku łuczników którzy napinali swe łuki w biegu oraz samego sprawcę zamieszania... Nie wiedział że już niedługo ten zginie. Na razie był przekonany o swojej własnej śmierci. Rzucił miecz oraz sztylet na ziemię, uklęknął uśmiechając się.

- Za późno... Już jej nie złapiesz... - Zwrócił się do Cesarskiego. Straż okrążyła go, usłyszał świst i poczuł uderzenie w tył głowy. Potem była tylko ciemność...

wtorek, 9 lipca 2013

Sen oraz początek nowego życia...


Ave! Żeby nie było że się obijam podczas wakacji... Zmieniłem kolorek, podoba się? Jeśli tak to zostawię ;) Tym razem w końcu jakiś większy kawałek tekstu a nie nędzne 5 min czytania :D mam nadzieję że się spodoba... Co prawda nie ma akcji o którą byłem proszony, ale trzeba czasami odpocząć prawda? Szkoda że w wakacje nie będę miał za bardzo czasu żeby pisać bo jak bym tak codziennie tyle wstawiał to bym skończył raz dwa :D Ale muszę już obwieścić iż mamy 17 kartek A4 tekstu i ok. 70,000 znaków... Jeszcze tak pięć razy tyle i mamy porządną książkę... Oczywiście dalej proszę o komentarze na temat co by można poprawić, co jest ok, co nie... Wszystko się przyda!





Biegł przez las w szaleńczym tempie, modląc się aby nie wpaść w tej gęstwinie w jakieś drzewo. Nie odwracał się, biegł dalej smagany przez gałęzie, aż dotarł do rozpadliny, gdzie na drugim krańcu czekała na niego postać opleciona czarną mgłą, która powoli spływała na ziemię, odrywając się „skrawkami” unosiła się w powietrze by po chwili zniknąć. Alantar zatrzymał się w miejscu, zdyszany i odwrócił w stronę lasu… I nie zauważył nic, jedynie prastarą puszczę, spokojną i niewzruszoną. Uciekał przed niczym? A może biegł do postaci która na niego czekała? Zamknął na chwilę oczy… Otworzyło się przed nim czarne, gwieździste niebo, spojrzał w bok, na Sylvię która smacznie spała, pogrążona w snach, jak on jeszcze chwilę temu. Leżał na ziemi, ognisko już dogasło, koń lekko zarżał, kupiec chrapnął, chłopak uśmiechnął się lekko i wstał powoli, dalej krzywiąc się lekko przy poruszeniu lewej ręki. Rozglądnął się uważnie po czym odszedł w ciemność pobliskiej gęstwiny by znaleźć się tuż obok niewielkiego strumienia… Usiadł przy jednym z masywnych drzew i wziął do ręki kamień mieszczący się w jego pięści, po czym skupił się na uczuciu które ogarniało go gdy korzystał z magii, przymknął oczy, po czym otworzył je mając w myślach rozkaz „unieś się”. I tak się stało, kamień uniósł się kilka centymetrów ponad dłoń Alantara, a on poczuł jak jego ciało opuszcza moc, przeciwstawił się temu uczuciu, a kamień nieznacznie obniżył się, jednak nie opadł całkowicie. O to właśnie mu chodziło... Zabrał rękę spod kamienia i ten opadł na mech. Jednak na tym Alantar nie skończył, dalej trzymał magię przy sobie, oswajał się z tym uczuciem kiedy moc krążyła w jego żyłach. Tym razem po prostu wyciągnął rękę, a przez jego głowę przemknęła szybka myśl i kamień znów się uniósł, tym razem wyżej, przed jego dłonią… Jednak jego uwaga była Skupina na tym by zachować przy sobie moc, zobaczyć ile tak naprawdę jej potrzeba aby ów kamień podnieść. Jeśli miał przeżyć, musiał nauczyć się kontrolować swoje umiejętności, musiał wiedzieć ile coś będzie go kosztowało. Zakręcił niewielki okrąg kamieniem, po czym cisnął go na drugą stronę strumyka, tym razem cały czas mając oczy zamknięte… Skupiał się na trzymaniu mocy w ryzach… Było to zadanie trudniejsze niż zmuszanie kamyka do lewitacji, jednak dzięki temu moc tak szybko go nie opuszczała… Przez pewien czas dalej sprawdzał swoje siły, aż do pierwszych promyków słońca, kiedy zmęczony wrócił do obozu gdzie właśnie budzili się pozostali… Nastał kolejny dzień żmudnej podróży…  Kolejne dni mijały spokojnie, choć jedno nie dawało mu spokoju gdy budził z tego snu, raz po raz nie każdej nocy, ale jednak. Przynajmniej dawało mu to niepowtarzalne okazje aby dalej ćwiczyć swój talent... W końcu dotarli do Stealde i kilkaset kroków za bramą rozstali się z kupcem zabierając resztki ich dobytku i zastanawiając się co dalej… Co prawda chłopak już nie jedną godzinę spędził na obmyślaniu co można by zrobić, lecz dalej nie miał żadnego dobrego pomysłu, nie dla kogoś w ich sytuacji. Jednak odeszli, zmierzając w stronę targu. Na początek potrzebował złota, a to co m zostało, trzy monety nie było wiele. Będąc już blisko, znaleźli tawernę gdzie kolejne dwie monety zostawili u oberżysty który w zamian uraczył ich kąpielą, przepraniem ubrań, skromną kolacją oraz miejscem do spania… I tak na następny dzień, oboje wyglądali o niebo lepiej, mimo że ich ubrania nie były idealne, ale wyglądali przyzwoicie. Sylvia została w tawernie, natomiast chłopak udał się wolnym krokiem na plac gdzie kupcy przekrzykiwali jeden drugiego, prując zwabić przechodniów do swoich straganów… Jednak Alantar z niewielkim nożem za pasem miał inne plany niż kupować coś. Zwinnie i z gracją przeciskał się przez tłum szukając wzrokiem sakiewek zwisających z pasów przechodniów. Nauczył się tego jeszcze w siebie, choć wtedy po prostu wraz z przyjaciółmi po prostu chcieli robić coś czego nie mogli. Teraz jednak pewnym i szybkim ruchem przeciął rzemyk i schwycił sakiewkę która zaczęła opadać w dół, by chwilę później zmieszać się z tłumem... Jednak jak się okazało jedna ręka to trochę mało i chłopak już następnym razem zwrócił uwagę okradanego. Co prawda uciekł, szybko chowając się w tłumie, ale niewiele brakowało, a jedna z jego zasad brzmiała iż jeśli raz mu się nie uda, tego dnia nie będzie już próbował… I choć mogło się to wydawać dziwne, zasada ta miała potwierdzenie praktyczne. Tak więc gdy wrócił miał tylko kilka monet więcej, co nie było dobrym znakiem… Nie mógł przecież kraść codziennie… Zjedli kolejny skromny posiłek, swoiste śniadanie połączone z obiadem po czym Alantar postanowił spróbować inaczej rozwiązać tą sprawę. Jak się dowiedział od jakiegoś starego jegomościa około pół godziny drogi od miasta mogli znaleźć niewielką wieś, o ile można tak nazwać kilka porozrzucanych po najbliższej okolicy domów… Co prawda ludzie z natury raczej nie byli w tych stronach przyjaźni, w takich miejscach blisko miast łatwiej było znaleźć schronienie w zamian za pracę, cięższą bądź lżejszą, ale jednak. Jak na razie po prostu musieli jakoś przeżyć, a zagrożenie mimo że realne, nie czyhało za rogiem, taką przynajmniej mieli nadzieję. Jak się po dobrych kilku chwilach, staruszek miał rację i Alantar wraz z Sylvią znaleźli na placyku ubitej ziemi wraz z studnią, a wokół bliżej bądź dalej dostrzegli domy, do których dało się dotrzeć w kilka minut marszem… Klasyczna wioska, przemknęło mu przez myśl. Brakowało tylko oberży... Cóż, Alantorowi to nie przeszkadzało, bo mogło to oznaczać tylko mniejszą ilość ewentualnych podróżnych, co akurat było im na rękę… Po krótkiej naradzie wybrali pierwsze domostwo w jakim spróbują. Zapukali do drzwi i już po chwili stali twarzą w twarz z postawnym mężczyzną w kwiecie wieku, z raczej ponura miną.
- Witam. – Powiedział szybko chłopak, zanim tamten zdążył coś powiedzieć po czym kontynuował. – Wraz z siostrą szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się zatrzymać na trochę, jestem myśliwym, a ona zna się na ziołach. – W tym momencie mężczyzna ozięble przerwał mu jego monolog…
- Szukajcie gdzie indziej, nie potrzebna mi dwójka przybłędów… - Z tymi słowy zamknął drzwi prawie że z hukiem. Alantar odwrócił się na pięcie i z westchnięciem zaczął się kierować w stronę kolejnego domostwa…
- Jesteś myśliwym? – Zagadnęła Sylvia z zdziwieniem w głosie, Alantar specjalnie dużo o sobie jej nie opowiedział, tak jak i ona o sobie, tak naprawdę całe dni rozmawiali o niczym i stąd wzięło się zdziwienie w jej słowach.
- Nie, ale potrafię całkiem dobrze polować, choć nie na tyle aby polować w czasie podróży… Tym bardziej potrzebował bym jakiegoś znośnego łuku, bo sztyletem nic poza królikiem nie zabijesz… -Skończywszy mówić uśmiechnął się lekko.
- To na pewno dobry pomysł? – Dziewczyna zmieniła temat, po raz kolejny mając wątpliwości czy jego plan się powiedzie. Co jeśli nie? Na to pytanie mogli przecież wkrótce poznać odpowiedź…
- Nie, ale najlepszy jaki mam, przynajmniej na tę chwilę. Jak się nie uda coś wymyślę, jak zawsze… - Uśmiechnął się promienie w jej stronę. Tak, to była prawda, coś by wymyślił, jak zwykle. Nie miał więcej czasu na rozmyślania gdyż dotarli do kolejnego domostwa. Zapukał i w napięciu czekał aż ktoś otworzy mu drzwi. Tym kimś była kobieta, starsza już, za którą stało dwóch młodzieńców w wieku około dwunastu, trzynastu lat oraz kilkuletnia dziewczynka, na oko mając z osiem lat, zaś w cieniu, w głębi domu dało zauważyć się mężczyznę którego wieku nie dało się zidentyfikować gdyż Alantar z Sylvią ledwo go widzieli. I tym razem Chłopak zaczął jako pierwszy…
- Witam. – Przerwał na sekundę, wiedział że tutaj pomocy nie znajdzie. – Wraz z siostrą szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się zatrzymać, może Pani zna kogoś kto przyjął by pod dach dwójkę młodych ludzi? – Uśmiechnął się przyjaźnie, to samo zrobiła Sylvia. Przez krótką chwilę nikt się nie odzywał, aż w końcu kobieta z zamyśleniem odpowiedziała:
- Nie wiem, trudno powiedzieć… My na pewno nie. – Zamilkła na chwilę, po czym kontynuowała. – Możecie spróbować pójść do Kanis, mieszka tam – Wskazała odległy dom niedaleko lasu, można by rzec naprzeciw jej domu. – Od niedawna mieszka sama więc może przydać się jej para albo dwie pomocnych dłoni. – Uśmiechnęła się lekko w stronę Alantara i Sylvii, który odwzajemnił jej uśmiech...
- Dziękuję za pomoc, miło było. – Po czym skłonił się i ruszył w stronę wskazanego domu, a tuż za nim Sylvia. Nie był to specjalnie wielki dom, ale wyglądał na zadbany, z prawej strony miał dobudówkę, która również nie wyglądała źle. W kilka minut znaleźli się przed jego fasadą i po raz kolejny tego dnia zapukali do drzwi… Otworzyła im młoda kobieta, mająca nie więcej niż dwadzieścia cztery lata, przeciętnej urody z długi brązowymi włosami związanymi w jeden duży warkocz sięgający jej pośladków. Spojrzała na nic z zdziwieniem i otworzyła usta, lecz Alantar i tym razem był pierwszy.
- Witam, Alantar – Skłonił się lekko dalej mówiąc. – A to Sylvia. – Wskazał dziewczynę stojącą obok niego. – Szukamy dobrej duszy która poratowała by dwójkę młodych ludzi schronieniem, ja sam jestem myśliwym, zaś moja siostra zna się bardzo dobrze na ziołach. Słyszeliśmy iż mogły by się Pani przydać ręce do pracy. – Uśmiechnął się lekko, bacznie obserwując twarz kobiety, która aktualnie wyrażała wielkie zdziwienie. Chwilę jej zajęło pozbieranie się do siebie i w tym czasie panowała między nimi krępująca cisza. W końcu odezwała się…
- Kanis, miło mi… Nie wiem za bardzo co wam odpowiedzieć. Nie wiem… - Zamyśliła się przez moment. – Wejdźcie chociaż na herbatę, porozmawiamy, wtedy się zobaczy. – Uśmiechnęła się leciutko i wpuściła ich do domu. W środku było całkiem miło i przyjemnie, widać że radziła sobie życiu, przynajmniej tyle Alantar mógł wywnioskować po otaksowaniu niewielkiego holu, części jednego z pokoi oraz kuchni gdzie zaprowadziła ich Kanis. Tam usiedli wygodnie przy stoliku, ona zaparzyła po kubku herbaty i przez pewien czas siedzieli w milczeniu. W końcu chłopak postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaczął mówić.
- Przepraszam za najście, ale nie bardzo wiemy gdzie się podziać, a nie mamy pieniędzy aby przeżyć w mieście, nasz dom spłonął, a podczas podróży napadli na nas bandyci i z tego co wiemy cała reszta rodziny nie żyje, my zaś kilkanaście dni podróżowaliśmy z kupcem którego spotkaliśmy na trakcie i tak znaleźliśmy się tu. Zaś tutaj powiedziano nam iż jeżeli gdziekolwiek mamy szansę, to właśnie tuta u Pani. – Uśmiechnął się gorzko. Wbrew pozorom wcale nie kłamał specjalnie, jego rodzina naprawdę mogła nie żyć, zaś napadnięci byli, co prawda nie przez bandytów, ale jednak…
- Jeśli była by Pani tak miła i dała nam schronienie, jestem pewien że będziemy mieli jak się odwdzięczyć, mój ojciec nauczył mnie jak polować, wystarczy mi łuk i kilkanaście prostych strzał, zaś Sylvia... – W tym momencie Sylvia przerwała mu, odzywając się w końcu.
- Sylvia zna się na ziołach i eliksirach… Nasza matka była uzdrowicielką i odkąd byłam mała uczyła mnie wszystkiego co potrafiła, dzięki czemu mój brat jest już na nogach. –  Przerwała, widząc iż Kanis otwiera usta jakby chciała coś powiedzieć.
- Przykro mi z powodu waszej straty, musi być wam ciężko… - Odpowiedziała kobieta powoli.
- Na początku było, teraz niestety musimy się martwić o co innego. – Powiedział smutno Alantar. To była szczera prawda, już dawno pogodził się z stratą wszystkiego co miał, teraz najważniejsze było dzisiaj i jutro, to co go czeka i co zrobi z tym nowym życiem.
- Rozumiem… - Odpowiedziała Kanis po czym zamyśliła się na dłuższy moment. – Możecie się zatrzymać tutaj, nie wiem na razie na jak długo, zobaczymy... – Znów zamilkła na chwilę. – Zaprowadzę was do pokoi gdzie będziecie mogli spać. Rano jeszcze pomyślimy… - Z tymi słowami na ustach kobieta wstała i zachęcając ręką aby i oni wstali i poszli za nią, ruszyła na górę gdzie znaleźli się na niewielkim korytarzu z czteroma drzwiami, jedne z nich prowadziły do Jej sypialni, kolejne dwa do niewielkich pokoi w których mieściły się łóżko, niewielki stolik, oraz szafa, zaś ostatni pokój nie został im pokazany… Każde z nich rozgościło się w swoim pokoiku, Sylvia zeszła porozmawiać jeszcze z domowniczką, zaś Alantar opadł na twarde łóżko i zaczął rozmyślać. Słońce właśnie zaczęło zachodzić… Mag pogrążył się spoglądając w słońce powoli znikające za horyzontem, aż znikło całkowicie, pozostawiając go w ciemności w której zasnął… 

piątek, 14 czerwca 2013

Jeszcze jeden dzień z podróży wyjęty...


Pisałem o 1 w nocy więc  nie bić ;) Ogólnie to Ave wszystkim co moje wypociny czytają :D Musiałem zarwać nockę, a że nie miałem nic lepszego do roboty postanowiłem trochę napisać, niestety ale trochę nudny fragment... Mniej więcej w tym momencie urywa mi się koncepcja i powraca dopiero hen, hen daleko więc jak by ktoś miał jakikolwiek pomysł, śmiało można w komentarzu, czy to prywatnie mi owy pomysł podsunąć, nawet jak będzie to tylko ogólny zarys itp. co by się mogło dalej stać... Potrzebuję weny! A niestety gdy już ja mam nie jestem raczej w stanie obmyślać co by tu dalej zrobić, po prostu piękniej przelewam na monitor wcześniej zarysowane sceny... Jakaś konstruktywna opinia by się przydała... I jakaś dłuższa rozmowa na ten temat, może wpadł bym na pomysły... Dzięki wielkie za czytanie tego! Jeszcze raz pozdrawiam ;)



Jeszcze raz rozejrzał się uważnie po czym niespiesznie zaczął przygotowywać się do dalszej drogi. Zdążył usiąść przy jednym z drzew by odsapnąć sobie, gdy z gęstwiny wyłoniła się Sylvia, zamyślona nad czymś... Alantar uśmiechnął się lekko i wstał zarzucając sobie plecak na plecy, stękając przy tym cicho. Spojrzał na nią, po czym bez słowa ruszył, z początku powoli, a gdy tylko go dogoniła, szybciej. Przez cały dzień powoli parli przed siebie, przez gąszcz drzew i krzewów, nie wiedząc gdzie dokładnie są, zmierzając w kierunku drogi, która przecież mogła być zupełnie gdzie indziej... Mozolna podróż, nie ucieczka, tego właśnie mu było trzeba. To że Władający Mocą mieli by ich znaleźć było teraz tak mało prawdopodobne. Może właśnie dzięki temu przeczuciu ulżyło mu? Napięcie minionych dni, tygodni znikało wraz z kolejnymi kilometrami trudnej podróży, zostawiając na jego twarzy uśmiech, który utrzymał się aż do wieczoru, a może i nocy kiedy to po raz kolejny zatrzymali się aby odpocząć. Tym razem przespał całą noc i obudził się przed Sylvią dzięki czemu miał czas aby przygotować skromny posiłek z szybko uszczuplających się zapasów, by już kilka chwil później znów znaleźć się na drodze do "wolności". Jeszcze przed tym jak słońce zaczęło zachodzić, trafili na trakt prowadzący przez las, ten o którym pamiętał Alantar, taką przynajmniej miał nadzieję, nie mniej jednak, najważniejsze było że nie byli sami na tym trakcie, w ich stronę powoli zbliżał się wóz zaprzężony w dwa konie, a na nim mężczyzna w średnim wieku w znoszonych ale całkiem przyzwoitych ubraniach. Zatrzymał się dopiero kilka kroków od nich, z wyrazem lekkiego zaskoczenia na twarzy...
- Zgubiliście się czy co? Co w tym lesie robi dwójka tak młodych ludzi? - Zapytał lekko podejrzliwie, w końcu naprawdę rzadko można było spotkać na tym trakcie kogokolwiek niepodróżującego konno, bądź na wozie.
- Można by tak rzec... - Odpowiedział szybko, zanim Sylvia zdążyła cokolwiek powiedzieć. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw więc musiał szybko wymyślić coś na poczekaniu... Żeby tylko Sylvia niczego nie spartaczyła...
- Kilka dni temu gdy jechaliśmy odwiedzić wujka napadli na nas zbóje, tata i starszy brat próbowali się bronić, a gdy jeden trafił mnie mieczem - Wskazał na swoją ranę na lewej ręce - musiałem się ratować ucieczką wraz z siostrą, była noc więc jakimś cudem udało nam się ich zgubić i od tego czasu błąkamy się po lesie, ale widać że szczęście nam dopisało dobry panie... - Spojrzał na Sylvię, a ta uśmiechnęła się smutno w stronę mężczyzny, który cały czas uważnie słuchał słów Alantara.
- I chcecie abym wam pomógł? A co jeśli jesteście zbiegami? Hm? - Odpowiedział mężczyzna na wozie, głęboko się zastanawiając...
- Mogę zapłacić, a uciekinierzy przecież pieniędzy nie mają? Nieprawda? Po złotej monecie od mnie i mojej siostry, co pan na to? - Tym razem i Alantar się uśmiechnął, jednak dobrze przewidział że kilka monet może mu się jeszcze przydać, a oferta którą złożył była nader hojna...
- Chyba masz rację chłopcze... - Mężczyzna przerwał na chwilę, po czym kontynuował: - Tak stawiając sprawę trudno mi odpowiedzieć nie, więc wskakujcie na wóz... - Uśmiechnął się lekko kończąc zdanie.
- Dziękujemy bardzo, dobry panie. - Odpowiedział z promiennym uśmiechem Alantar, zaś za jego przykładem Sylvia również uśmiechnęła się, po czym nie ociągając się, wsiedli na wóz, chłopak wygrzebał dwie złote monety i ruszyli... Ten etap ich podróży zapowiadał się lekko wyboiście, ale przynajmniej mogli odpocząć. I właśnie to robili, przez większość czasu śpiąc bądź rozmawiając z kupcem który przewoził swój mały ładunek. Jak się okazało zmierzali do Stealde, niewielkiego miasta, ale już nie miasteczka, oddalonego mniej więcej tak samo od stolicy jak od granicy Cesarstwa. Nie była to dobra nowina, w końcu im bliżej miasta stołecznego tym więcej Władających Mocą, przed którymi przecież uciekali... Jednak teraz liczyło się tylko jedno, żyli i przez jakiś czas żyć zamierzali, z każdym dniem zbliżając się do miasta. Przez cały ten czas Alantar zastanawiał się co robić, i mimo wszystko musiał pogodzić się z faktem że będą musieli tam zostać na dłużej, być może aż ich nie znajdą, co przecie było pewne. Prędzej czy później znajdą ich obojętnie jak dobrze się ukryją, tego był pewien. 

środa, 5 czerwca 2013

Początek nowej podróży...

Trochę mało, ale jakoś zmogło mnie dzisiaj i więcej nie miałem jak napisać... Jeszcze może w weekend albo wieczorkiem coś napiszę ;) Mam nadzieję że się podoba :) Przy czym dalej proszę mówić co nie tak itp.


W pewnym momencie swych przemyśleń po prostu odpłynął, zasypiając... Obudził się gdy jeszcze było ciemno, za sprawą jakiegoś zwierzęcia które musiało przebiec niedaleko, łamiąc jakąś gałąź. Alantar nawet nie spróbował wstać, zamknął ponownie oczy i po kilku chwilach zasnął. Tym razem gdy tylko otworzył oczy, przed sobą miał twarz Sylvii, która potrząsała go za zdrowe ramię. Uśmiechnął się i powoli usiadł, nadal krzywiąc się, rana miała mu dokuczać jeszcze długi czas... Sylvia usiadła obok i zajrzała do plecaka, który był w połowie pusty. To nie był dobry znak. Alantar powoli wstał, podtrzymując się pnia drzewa i ostrożnie postawił kilka kroków, nie było tak źle, zdążył mniej więcej odzyskać siły, choć gdyby miał teraz uciekać przed realnym zagrożeniem, długo by sobie nie poradził... Na tyle na ile mógł, pomógł dziewczynie w zwinięciu "obozowiska", po czym zarzucił sobie plecak na "grzbiet", dostarczając sobie kolejnej dawki bólu przeszywającego lewą rękę. I tak oto wyruszyli w dalszą podróż, kierując się w stronę traktu o którym wiedział, oczywiście o ile nie pomylił kierunków... Z początku szedł w ciszy, powoli przemierzając leśną gęstwinę, lecz ciekawość zwyciężyła i postanowił co nieco dowiedzieć się o towarzyszce podróży. I właśnie tak rozwinęła się długa rozmowa w której opowiedział jej nieco z swojego życia, głównie moment ucieczki, pomijając kilka faktów, o których nie chciał wspominać, sam zaś dowiedział się iż matka Sylvii była uzdrowicielką i zielarką, a jej ojciec służył swego czasu w armii gdzie zginął z rąk jakiś zbójów podczas jednego z patrolu. Prócz tego, okazało się że jej matka również była czarodziejką i to właśnie od niej Sylvia nauczyła się jako tako kontrolować swój dar i dopiero niedawno Władający Magią znaleźli je. Potem, cóż, jej matkę zabito na miejscu, ona sama uciekła i tak się spotkali... Ona przynajmniej nie musiała sama stawiać czoła wszystkiemu, przemknęło mu przez myśl, gdy zastanawiał się nad jej słowami. On sam wychował się w kupieckiej rodzinie, ojciec w domu był na krótko, nigdy do końca nie wiadomo było kiedy wróci, zaś jago rodzicielka, cóż, również zajmowała się handlem, choć tutaj tylko w rodzinnym mieście. Zawsze miał dużo czasu wolnego, nikt nie pilnował kiedy wraca do domu, czy co robi poza nim, nie żył co prawda jak wielmoża, ale wspominając teraz, nie miał na co narzekać... Teraz cieszył się że nikt nie zwracał uwagi iż ćwiczył jak walczyć, ba w swoim domu zostawił dwa piękne ostrza, których nie miał jeszcze okazji użyć w prawdziwej walce... Zatrzymali się pod wieczór, zmęczeni, ale żywi, zjedli skromny posiłek i zasnęli, obok siebie, każde rozmyślając o czym innym. Gdyby mógł, zasnął by i się nie obudził, jednak los nie był dla niego łaskawy i gdy tylko otworzył oczy, spostrzegł coś niepokojącego... Mimo iż była bardzo wczesna godzina, przed świtem, Sylvii nie było. Rozejrzał się szybko, prawą ręką sięgając po rękojeść sztyletu u pasa. Po jego towarzyszce nie było śladu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, za to "brzeszczot" znajdował się na miejscu. Ociężale i z grymasem na twarzy wstał, przeklinając w myślach swoją ranę...

czwartek, 9 maja 2013

Przemyśleń ciąg dalszy...


Ave! Oto owoc moich dzisiejszych zmagań z nudą :D Powoli wracam do formy, choć jeszcze muszę popracować nad szybkością pisania bo to pisałem ok. trzy i pół godziny... Mam nadzieje że się spodoba ;) Oczywiście proszę o ew. wytykanie mi błędów, czy tam co wam pasuje, a co nie :) 


Bo właśnie tak trzeba było ich postrzegać, dwoje młodych ludzi, wyczerpanych, rannych... Jednak w tej chwili Alantar nie mógł niczego w tej kwestii zmienić, choćby i chciał... A wilczy skowyt rozległ się ponownie, tym razem bliżej, budząc również i jego towarzyszkę, która rozejrzała się zamglonym wzrokiem, z wyrazem strachu na twarzy. Chłopak zaśmiał się bezgłośnie, unosząc prawy kącik ust w uśmiechu, który nie wróżył niczego dobrego. Jedna chwila szczęścia w zamian za morze nieszczęścia... W tym momencie musiał chyba przepłynąć cały jego ocean. Dziewczyna zdążyła przykucnąć tuż obok niego, opierając się plecami o ten sam pień o który i on się opierał, by nie tracić niepotrzebnie sił, gdy z ciemności lasu wyłoniła się potężna bestia, szary wilk, większy od swoich krewniaków... Spojrzał na ich dwójkę po czym odwrócił łeb w stronę trucheł które pozostawili na polanie. Teraz Alantar sobie uświadomił dlaczego bestia tu przyszła. Zwabił ją zapach krwi, zapach śmierci który niekiedy i oni wyczuwali, gdy wiatr niełaskawie przywiał go w ich stronę. Jednak zwierzę nie ruszyło w ich stronę, jak przewidywał chłopak, lecz ruszyło powoli do najbliższego ciała by zakosztować zaczynającego się rozkładać mięsa. Z tej odległości mogli jedynie słyszeć pękające ogniwa kolczug oraz chrupot łamanych kości. Nie był to przyjemny widok, tym bardziej że nie mieli nawet jak uciec, bo o ile dziewczyna mogła by pobiec, Alantar z trudem by wstał i co najwyżej przy dużej dozie szczęścia, kuśtykał od drzewa do drzewa. Tak więc siedzieli tak, wpatrzeni w pożywiającą się bestię, nie wiedząc co robić. Odpowiedź na to pytanie przyszła sama, gdy wilk skończył, raz jeszcze obejrzał się w ich stronę, wyszczerzył kły i odszedł, nie śpiesząc się. Sylvia, jak i Alantar długo jeszcze wpatrywali się w miejsce gdzie szara bestia zniknęła w gęstwinie lasu, stając się jednością z otaczającą ich ciemnością. Tej nocy nie usłyszeli już żadnego wycia, czy skowytu, a jednak i tak ledwo co zdołali zasnąć, a ich sen był niespokojny. Gdy się obudził, było bliżej południa niż poranka, ale Sylvia dalej spała. Uśmiechnął się lekko i powoli, pamiętając by nie ruszać lewą ręką, wstał, podpierając się cały czas o pień drzewa. Udało mu się, choć nie bez bólu który przeszył jego lewe ramię... Teraz pomyślał że przydało by się jakoś tą rękę unieruchomić. Najlepszym pomysłem było niestety pójście do zmasakrowanych ciał Cesarskich i znalezienie większego skrawka materiału, co po nocnym incydencie mogło stanowić nie lada wyczyn... Powoli z wyrazem bólu na twarzy, Alantar ruszył w stronę "ciał". Czuł że nie powinien jeszcze chodzić, na pewno nie bez żadnego podparcia. Jednak nie obchodziło go to. Dużo się zmienił od czasu gdy torturowano go by wyjawił gdzie udała się Anastasia... Szybko odegnał od siebie te myśli, skupiwszy się z powrotem na znalezieniu zdatnego do użycia skrawka materiału. W końcu, znalazł spory skrawek ubioru Władającego Mocą, który po szybkim poprawieniu sztyletem idealnie nadawał się jako prowizoryczny temblak... Będąc już na miejscu, rozejrzał się po pozostawionej broni, aż w końcu wybrał dwa sztylety oraz jeden miecz, które według niego były w najlepszej kondycji. Dodatkowo miecz owinął w znalezioną i prawie nie zakrwawioną "szmatę" by nie rzucał się tak w oczy. Jeden z sztyletów włożył sobie za pas, zaś drugi postanowił oddać Sylvii. Gdy wrócił, dziewczyna przyglądała mu się, z raczej niezadowoloną miną, na co odpowiedział szybkim uśmieszkiem, podając jej sztylet.
- Lepiej żebyś to miała przy sobie, tak na wszelki wypadek... -
Czarodziejka zawahała się przez chwilę, po czym przyjęła "podarek", chowając go za pasek spinający jej "sukienkę". Alantar usiadł ciężko, z grymasem na twarzy...
- Jutro rano musimy iść dalej, nieważne czy będę w stanie czy nie... - Spojrzał na nią tym razem bez uśmiechu, wzrokiem który mówił iż jakikolwiek sprzeciw nie ma sensu.
Dziewczyna jedynie skinęła głową, po czym z lekkim uśmieszkiem rzekła:
- W takim razie nie oszczędzasz dzisiaj jedzenia, bo bez niego nigdy nie odzyskasz sił. .. -
Chłopak uśmiechnął się, miała rację, choć wolał by żeby nie miała. Nie miał dużo prowiantu, tym bardziej dla dwójki, a jeżeli miał dzisiaj jeść syto, mogło by się okazać że cały ten wysiłek pójdzie na marne bo zginą nie z rąk ludzi czy zwierząt, a po prostu z głodu. Jednak teraz nie miał jako tako wyjścia, i musiał się pogodzić z ryzykiem, jeśli chciał wyjść z tego cało...
- Chciał bym żebyś nie miała racji... Skoro już wspomniałaś, zjedzmy coś. - Odpowiedział, po czym sięgnął do plecaka i wyciągnął część swego prowiantu... Przez resztę dnia głównie leżał, zjadł jeszcze namiastkę obiadu i kolacji, mocno uszczuplając zapasy i praktycznie nie rozmawiając z Sylvią, pogrążony w rozmyślaniach...

niedziela, 5 maja 2013

Jak przeżyć? Tego jeszcze nikt nie wie...



Ave! Dawno nic nie pisałem, brak weny i czasu, spróbuję się poprawić. Mam nadzieję że jakość nie ucierpiała nadmiernie ;) Pierwsza część jest pisana jeszcze za "poprzedniej kadencji", zaś drugą kilka dni temu ;)


Jednak, w tym położeniu nie powinien zaprzątać sobie głowy takimi sprawami, a raczej zastanawiać się co dalej, gdyż to odwieczne pytanie, znów dawało mu się we znaki i nie potrafił na nie odpowiedzieć. Jak na razie, niestety ale pozostawał odpoczynek, a potem? Potem znów wymyśli coś na krótszą metę, jak na razie całkiem dobrze mu to szło. Po kilku kolejnych chwilach rozmyślań, dziewczyna znów mu się ukazała, targając z sobą jego plecak. Szybko odnalazła niewielką miskę, a sztylet już zdążyła przytroczyć do paska opasającego zniszczoną „sukienkę” do kolan, może trochę dłuższą, trudno mu było rzec. Sprawnie utarła zioła, i przygotowaną papkę, uprzednio zdejmując kawałek szmaty która miała wchłonąć krew, nałożyła ją delikatnie, obwiązując kolejnym skrawkiem materiału, tym razem większym i nie zakrwawionym, najprawdopodobniej wcześniej będącym częścią płaszcza jednego z nieboszczyków. Zaradna była, trzeba było przyznać… Chłopak skinął głową i zamknął oczy. Sen byłe jedną z tych rzeczy których teraz potrzebował, a że nadal jeszcze były ciepłe dni, nie musiał prosić o rozpalenie ogniska, które tylko zdradziło by ich położenie…
- Nie rozpalaj proszę ogniska o ile naprawdę tego nie potrzebujesz, jest jeszcze ciepło… - Powiedział na wszelki wypadek i stękając, osunął się, kładąc głowę na trawie tuż koło wystającego korzenia drzewa pod którym się „schronił”, momentalnie zasnął. Po raz kolejny oczy otworzył następnego dnia, kiedy słońce nie było jeszcze wysoko nad horyzontem. Dziewczyna jeszcze spała, więc Alantar postanowił się jeszcze trochę przespać… I jak to ma w zwyczaju kapryśny los, nie mógł zasnąć, toteż po niedługim czasie, z grymasem na twarzy, oparł się z powrotem o drzewo. Po raz kolejny miał czas aby zastanowić się co teraz. Ból nadal nie ustąpił, i jeszcze przez długi czas nie zamierzał, takie rany goiły się trochę, a w tej chwili potrzebował obu rąk… Nie mogli długo pozostawać na tej polanie, ale potrzebował jeszcze kilku dni odpoczynku. Zacisnął dłoń zdrowej ręki w pięść… Nie tak to miało się potoczyć. Z zamyślenia wyrwał go głód, trywialna potrzeba której jednak nikt nie jest w stanie zignorować. Nie chciał budzić dziewczyny, ale próby samodzielnego dojścia do plecaka, który znajdował się kilka metrów od niego, nie były by dobrym pomysłem. Pozostawało jedno wyjście, choć nie bardzo wiedział jak mu to wyjdzie…

O właśnie tu kończy się stara część, a zaczyna nowa, która może trochę stylem odstawać od reszty, jak się znów wciągnę to na pewno się poprawię :D Jak zwykle proszę o komentarze nt. co mógł bym poprawić, czego jest za dużo, czego za mało itp. itd.

Przymknął powoli oczy, wyciągając prawą rękę w stronę plecaka, skupił się na uczuciu jakie wypełniało go wcale nie tak dawno temu, podczas walki o życie swoje i dziewczyny. Posługiwanie mocą przychodziło u coraz łatwiej, pomyślał gdy moc wypełniła leniwie jego żyły. Otworzył oczy i dalej w skupieniu, podniósł powoli swój plecak, ręka drżała mu niepewnie, zaś plecak drżał jakby trzymany na sznurku przy wietrze. Podnieść nie było problemem, za to już przyciągnięcie go do siebie wbrew pozorom nie było już takie łatwe i gdy plecak w końcu wylądował przed Alantarem, ten czuł że to nie był dobry pomysł, cały był zlany potem, a praktycznie wszelkie „odzyskane” siły właśnie stracił. Mimo wszystko nie zemdlał i to się liczyło. Mógł teraz w końcu zjeść coś, o czym stale przypominał mu jego żołądek, toteż wynalazł jakiś kawałek sera oraz trochę suszonego mięsa, więcej niż zwykle i powoli zjadł, popijając wodą z niewielkiego bukłaczka na czarną godzinę który miał z sobą… Dziewczyna obudziła się chwilę przed tym jak skończył jeść, oparty o pień drzewa. Przeciągnęła się, ziewając, przetarła oczy i dopiero rozejrzała się. Oczywiście jej uwagę przykuł otwarty plecak, znajdujący się w zupełnie innym miejscu niż go zostawiła. Otworzyła usta by coś powiedzieć, ale Alantar przerwał jej zanim cokolwiek powiedziała…
- Jestem Alantar, dziękuję za pomoc. – Nadal mówił cicho, choć już prawie normalnie, zdobył się nawet na uśmiech…
- Sylvia. – Przerwała i uśmiechnęła się. – I to raczej ja powinnam dziękować, bez ciebie to ja bym tutaj leżała. –
Chłopak na sekundkę uśmiechnął się mocniej.
- Jeśli jesteś głodna, częstuj się, jeszcze trochę jedzenia mam… - Wskazał zdrową ręką na otwarty plecak. – Ja spróbuję jeszcze trochę się przespać, to przyciąganie plecaka nie było takie łatwe… - Dodał i zaczął się powoli osuwać na trawę. Zdążył jeszcze zobaczyć powątpiewanie w oczach dziewczyny, czym się jednak nie przejął, w jego głowie powoli rodził się nowy plan, a jego pierwszą fazą był odpoczynek… Spał praktycznie przez cały dzień, nie licząc kilku krótkich przerw, w których i tak nie zamienił nawet słowa z Sylvią, która najwyraźniej cały czas bacznie mu się przyglądała. Alantar domyślał się dlaczego, jednak nie przejmował się tym za bardzo, miał teraz o wiele gorsze sprawy na głowie. I to właśnie jedna z nich obudziła go w środku nocy… Wycie wilka rozchodziło się jękiem po puszczy, przyprawiając o ciarki. Zwierzę było blisko, chłopak to czuł. Nie był teraz w stanie walczyć z człowiekiem, a co dopiero z takim zwierzęciem… Mógł mieć jedynie nadzieję iż wilk nie zbliży się do nich, nie wyczuje „łatwej ofiary”.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Siła nie kryje się w mięśniach...

Ave!
Na początek chciałem przeprosić, ale ostatnio jakoś nie mogę zabrać się za pisanie, szkoła teraz jeszcze zajęte weekendy itp. i trochę trudno znaleźć 3-4 godzinki na napisanie czegoś... Jak będę miał ferie to postaram się nadrobić :D A i wrzucam skromny tekścik który przez ten czas udało mi się skrobnąć. Miłego czytania! Komentarze (najlepiej konstruktywne) mile widziane!



Gdy się obudził, od razu spróbował wstać i rozejrzeć się, lecz gdy tylko to zrobił, zakręciło mu się w głowie, i aby znów się nie położyć, bezwiednie podparł się lewą ręką… Przeszywający ból, przypomniał mu gdzie jest i co tu robi, a straciwszy podparcie, znów opadł na plecy, krzywiąc się boleśnie. Nadal miał w głowie mętlik i mimo mroczków przed oczami, próbował się rozejrzeć. I tą akcję również zakończył ból, teraz promieniujący nie tylko z rannej ręki, lecz również głowy, chłopak zamknął oczy a jego twarz wykrzywił grymas. I w tym momencie usłyszał głos dziewczyny…
- Żyjesz? Słyszysz mnie? –
- Tak… - Wysyczał przez zaciśnięte zęby, i znów zamknął oczy, krzywiąc się, gdy kolejna fala cierpienia przebiegła jego ciało.
- Jak się czujesz? Masz inne rany prócz tej na ręce? – Mimo sytuacji, dziewczyna myślała całkiem trzeźwo, na przekór Alantarowi, który nie miał teraz ani chęci, ani sił, odpowiadać na pytania…
- Nie, gorzej niż myślisz… - Znów wysyczał… Próbował przestać myśleć o bólu i skupić się na innych, ważniejszych sprawach, to że zabił tych tutaj, nie znaczyło że był, znaczy się, byli tutaj bezpieczni. Gdy przestał się gwałtownie ruszać, „kamieniołomy” w jego głowie przycichły, dzięki czemu był w stanie jako tako zebrać myśli.
- Nie wstawaj, musisz odpoczywać… - Dziewczyna już wcześniej coś mówiła, ale nie słuchał jej, przez co oczywiście się nie posłuchał i bardzo powoli, uważając na ranną rękę, podniósł się do pozycji siedzącej, podpierając się tym razem prawą rękę, lewą starał się trzymać nieruchomo. Rozejrzał się powoli, nadal jeszcze trochę ciemniało mu w oczach, a gwałtowniejsze ruchy pogarszały tylko sprawę. Mimo to zauważył w miejscu gdzie leżał, zaschniętą niedawno krew, która nadal powoli płynęła z rany. Jednak najważniejsze było że cała piątka Cesarskich leżała tam gdzie ich zostawił, w kałużach własnej krwi. Nie był to miły widok, lecz Alantar i tak uśmiechnął się i od razu pożałował, gdy znów czerń przysłoniła mu widok na kilka chwil… Dziewczyna oddalała się powoli, rozglądając bacznie, chyba czegoś szukając. Pewnie powiedziała mu czego, lecz musiał nie słuchać, cóż, chłopak postanowił nie przeciągać struny i położył się powoli, zamykając oczy. Sądził iż nie zaśnie, w końcu ból mimo wszystko nie ustępował, a rana dalej krwawiła, przewiązana jedynie skrawkiem materiału, choć trzeba przyznać że całkiem dobrze, lepiej niż sam by to zrobił… Obudził się dopiero gdy ktoś usiadł obok niego, trącając przy okazji któreś z narzędzi mordu, „rozrzuconych” po okolicy. Zaczął podnosić się powoli, gdy ręka dziewczyny zatrzymała go w połowie „drogi”.
- Leż, musisz odpocząć. – Powiedziała spokojnie, jednak Alantar i tak usiadł, z grymasem bólu, ale usiadł.
- Nie tu. – Odpowiedział cicho, prawie szeptem.
- Co? Jak nie tu? – Zapytała się zdziwiona, nie wiedząc o co mu chodzi.
 - Pomożesz mi wstać? Na skraju będzie lepiej… -
Dziewczyna patrzyła przez chwilę na niego ze zdziwieniem, lecz w końcu kiwnęła głową i ostrożnie pomogła wstać. Na szczęście utrzymał się, z dużą pomocą czarodziejki, ale jakoś szedł, powoli, zginany w pół przez spazmy bólu, ale szedł, zawsze szedł, mimo wszelkich niedogodności, brnął przed siebie, nie tracił nadziei że wyjdzie z tego cało… Po kilku niekończących się chwilach, znaleźli się na skraju polany, najdalej jak się dało od zwłok. Chłopak oparł się powoli o drzewo i tak siedząc, westchnął z ulgą. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- Po co szłaś do lasu? Nie usłyszałem jak mówiłaś… - Powiedział, znów prawie szepcząc.
- Zioła. - Tu pokazała mu trzymany w lewej ręce pęczek roślin, których Alantar wcześniej nie zauważył. – Zatrzymają krwawienie, przynajmniej jeśli nie będziesz tej ręki używać, oraz powinny zapobiec zakażeniu. Muszę je tylko gdzieś otrzeć. –
- Poczekaj – Alantar rozejrzał się uważnie, dopiero teraz doszedł do niego fakt iż nigdzie nie widział rumaków którymi przybyli żołnierze. – Co się stało z końmi? –
Dziewczyna spuściła głowę i o wiele ciszej niż przedtem powiedziała:
- Uciekły, rozpierzchły się chwilę po twoim omdleniu, coś chyba je przestraszyło… - W tym momencie spojrzała na niego, bez uśmiechu, wręcz poważnie… Jakoś do tej właśnie chwili, Alantar nie do końca uzmysławiał sobie co tak naprawdę zrobił, a dokładniej jak. Jednak w tej chwili to nie miało znaczenia, ważne było że musieli uciekać pieszo, a to w jego stanie było praktycznie niemożliwe, nie dopóki zawroty głowy nie znikną i odzyska choć trochę sił, by iść samemu. W końcu wrócił do rzeczywistości i znów zaczął mówić.
- Gdzieś w moim plecaku znajdziesz jakąś miseczkę, głowica sztyletu nada się jako tłuczek… - Mówiąc to uśmiechnął się leciutko i zastanowił się co począł z plecakiem, w końcu przecież nie miał go na sobie podczas walki… Rozważania przerwała mu dziewczyna, odpowiadając mu:
- Masz szczęście… Nie ruszaj się, przyniosę rzeczy… - Już w trakcie wypowiedzi, zdążyła wstać i odwrócić się, by nie spiesząc się mocno, ruszyć na poszukiwania plecaka Alantara. Chłopak przyglądał się przez chwilę sposobowi w jaki chodzi, gdyż jak zdążył zauważyć arystokratki czy córki bogatych kupców, zawsze chodziły podobnie, inaczej niż zwykłe wiejskie dziewczyny czy mieszczki. Jednak te oględziny pozwoliły mu jedynie stwierdzić iż raczej nie obracała się w wyższych kręgach, choć przeczuwał iż zwykłą wieśniaczką też nie była…