Ave! Żeby nie było że się obijam podczas wakacji... Zmieniłem kolorek, podoba się? Jeśli tak to zostawię ;) Tym razem w końcu jakiś większy kawałek tekstu a nie nędzne 5 min czytania :D mam nadzieję że się spodoba... Co prawda nie ma akcji o którą byłem proszony, ale trzeba czasami odpocząć prawda? Szkoda że w wakacje nie będę miał za bardzo czasu żeby pisać bo jak bym tak codziennie tyle wstawiał to bym skończył raz dwa :D Ale muszę już obwieścić iż mamy 17 kartek A4 tekstu i ok. 70,000 znaków... Jeszcze tak pięć razy tyle i mamy porządną książkę... Oczywiście dalej proszę o komentarze na temat co by można poprawić, co jest ok, co nie... Wszystko się przyda!
Biegł przez
las w szaleńczym tempie, modląc się aby nie wpaść w tej gęstwinie w jakieś
drzewo. Nie odwracał się, biegł dalej smagany przez gałęzie, aż dotarł do
rozpadliny, gdzie na drugim krańcu czekała na niego postać opleciona czarną
mgłą, która powoli spływała na ziemię, odrywając się „skrawkami” unosiła się w
powietrze by po chwili zniknąć. Alantar zatrzymał się w miejscu, zdyszany i
odwrócił w stronę lasu… I nie zauważył nic, jedynie prastarą puszczę, spokojną
i niewzruszoną. Uciekał przed niczym? A może biegł do postaci która na niego
czekała? Zamknął na chwilę oczy… Otworzyło się przed nim czarne, gwieździste
niebo, spojrzał w bok, na Sylvię która smacznie spała, pogrążona w snach, jak
on jeszcze chwilę temu. Leżał na ziemi, ognisko już dogasło, koń lekko zarżał,
kupiec chrapnął, chłopak uśmiechnął się lekko i wstał powoli, dalej krzywiąc
się lekko przy poruszeniu lewej ręki. Rozglądnął się uważnie po czym odszedł w
ciemność pobliskiej gęstwiny by znaleźć się tuż obok niewielkiego strumienia…
Usiadł przy jednym z masywnych drzew i wziął do ręki kamień mieszczący się w
jego pięści, po czym skupił się na uczuciu które ogarniało go gdy korzystał z
magii, przymknął oczy, po czym otworzył je mając w myślach rozkaz „unieś się”.
I tak się stało, kamień uniósł się kilka centymetrów ponad dłoń Alantara, a on
poczuł jak jego ciało opuszcza moc, przeciwstawił się temu uczuciu, a kamień
nieznacznie obniżył się, jednak nie opadł całkowicie. O to właśnie mu chodziło...
Zabrał rękę spod kamienia i ten opadł na mech. Jednak na tym Alantar nie
skończył, dalej trzymał magię przy sobie, oswajał się z tym uczuciem kiedy moc
krążyła w jego żyłach. Tym razem po prostu wyciągnął rękę, a przez jego głowę
przemknęła szybka myśl i kamień znów się uniósł, tym razem wyżej, przed jego
dłonią… Jednak jego uwaga była Skupina na tym by zachować przy sobie moc,
zobaczyć ile tak naprawdę jej potrzeba aby ów kamień podnieść. Jeśli miał
przeżyć, musiał nauczyć się kontrolować swoje umiejętności, musiał wiedzieć ile
coś będzie go kosztowało. Zakręcił niewielki okrąg kamieniem, po czym cisnął go
na drugą stronę strumyka, tym razem cały czas mając oczy zamknięte… Skupiał się
na trzymaniu mocy w ryzach… Było to zadanie trudniejsze niż zmuszanie kamyka do
lewitacji, jednak dzięki temu moc tak szybko go nie opuszczała… Przez pewien
czas dalej sprawdzał swoje siły, aż do pierwszych promyków słońca, kiedy
zmęczony wrócił do obozu gdzie właśnie budzili się pozostali… Nastał kolejny
dzień żmudnej podróży… Kolejne dni
mijały spokojnie, choć jedno nie dawało mu spokoju gdy budził z tego snu, raz
po raz nie każdej nocy, ale jednak. Przynajmniej dawało mu to niepowtarzalne
okazje aby dalej ćwiczyć swój talent... W końcu dotarli do Stealde i kilkaset
kroków za bramą rozstali się z kupcem zabierając resztki ich dobytku i
zastanawiając się co dalej… Co prawda chłopak już nie jedną godzinę spędził na
obmyślaniu co można by zrobić, lecz dalej nie miał żadnego dobrego pomysłu, nie
dla kogoś w ich sytuacji. Jednak odeszli, zmierzając w stronę targu. Na
początek potrzebował złota, a to co m zostało, trzy monety nie było wiele.
Będąc już blisko, znaleźli tawernę gdzie kolejne dwie monety zostawili u
oberżysty który w zamian uraczył ich kąpielą, przepraniem ubrań, skromną
kolacją oraz miejscem do spania… I tak na następny dzień, oboje wyglądali o
niebo lepiej, mimo że ich ubrania nie były idealne, ale wyglądali przyzwoicie.
Sylvia została w tawernie, natomiast chłopak udał się wolnym krokiem na plac
gdzie kupcy przekrzykiwali jeden drugiego, prując zwabić przechodniów do swoich
straganów… Jednak Alantar z niewielkim nożem za pasem miał inne plany niż
kupować coś. Zwinnie i z gracją przeciskał się przez tłum szukając wzrokiem
sakiewek zwisających z pasów przechodniów. Nauczył się tego jeszcze w siebie,
choć wtedy po prostu wraz z przyjaciółmi po prostu chcieli robić coś czego nie
mogli. Teraz jednak pewnym i szybkim ruchem przeciął rzemyk i schwycił sakiewkę
która zaczęła opadać w dół, by chwilę później zmieszać się z tłumem... Jednak
jak się okazało jedna ręka to trochę mało i chłopak już następnym razem zwrócił
uwagę okradanego. Co prawda uciekł, szybko chowając się w tłumie, ale niewiele
brakowało, a jedna z jego zasad brzmiała iż jeśli raz mu się nie uda, tego dnia
nie będzie już próbował… I choć mogło się to wydawać dziwne, zasada ta miała
potwierdzenie praktyczne. Tak więc gdy wrócił miał tylko kilka monet więcej, co
nie było dobrym znakiem… Nie mógł przecież kraść codziennie… Zjedli kolejny
skromny posiłek, swoiste śniadanie połączone z obiadem po czym Alantar
postanowił spróbować inaczej rozwiązać tą sprawę. Jak się dowiedział od
jakiegoś starego jegomościa około pół godziny drogi od miasta mogli znaleźć
niewielką wieś, o ile można tak nazwać kilka porozrzucanych po najbliższej okolicy
domów… Co prawda ludzie z natury raczej nie byli w tych stronach przyjaźni, w
takich miejscach blisko miast łatwiej było znaleźć schronienie w zamian za
pracę, cięższą bądź lżejszą, ale jednak. Jak na razie po prostu musieli jakoś
przeżyć, a zagrożenie mimo że realne, nie czyhało za rogiem, taką przynajmniej
mieli nadzieję. Jak się po dobrych kilku chwilach, staruszek miał rację i
Alantar wraz z Sylvią znaleźli na placyku ubitej ziemi wraz z studnią, a wokół
bliżej bądź dalej dostrzegli domy, do których dało się dotrzeć w kilka minut
marszem… Klasyczna wioska, przemknęło mu przez myśl. Brakowało tylko oberży...
Cóż, Alantorowi to nie przeszkadzało, bo mogło to oznaczać tylko mniejszą ilość
ewentualnych podróżnych, co akurat było im na rękę… Po krótkiej naradzie
wybrali pierwsze domostwo w jakim spróbują. Zapukali do drzwi i już po chwili
stali twarzą w twarz z postawnym mężczyzną w kwiecie wieku, z raczej ponura
miną.
- Witam. – Powiedział szybko chłopak, zanim tamten zdążył coś powiedzieć po czym kontynuował. – Wraz z siostrą szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się zatrzymać na trochę, jestem myśliwym, a ona zna się na ziołach. – W tym momencie mężczyzna ozięble przerwał mu jego monolog…
- Witam. – Powiedział szybko chłopak, zanim tamten zdążył coś powiedzieć po czym kontynuował. – Wraz z siostrą szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się zatrzymać na trochę, jestem myśliwym, a ona zna się na ziołach. – W tym momencie mężczyzna ozięble przerwał mu jego monolog…
- Szukajcie
gdzie indziej, nie potrzebna mi dwójka przybłędów… - Z tymi słowy zamknął drzwi
prawie że z hukiem. Alantar odwrócił się na pięcie i z westchnięciem zaczął się
kierować w stronę kolejnego domostwa…
- Jesteś
myśliwym? – Zagadnęła Sylvia z zdziwieniem w głosie, Alantar specjalnie dużo o
sobie jej nie opowiedział, tak jak i ona o sobie, tak naprawdę całe dni rozmawiali
o niczym i stąd wzięło się zdziwienie w jej słowach.
- Nie, ale
potrafię całkiem dobrze polować, choć nie na tyle aby polować w czasie podróży…
Tym bardziej potrzebował bym jakiegoś znośnego łuku, bo sztyletem nic poza
królikiem nie zabijesz… -Skończywszy mówić uśmiechnął się lekko.
- To na
pewno dobry pomysł? – Dziewczyna zmieniła temat, po raz kolejny mając
wątpliwości czy jego plan się powiedzie. Co jeśli nie? Na to pytanie mogli przecież
wkrótce poznać odpowiedź…
- Nie, ale
najlepszy jaki mam, przynajmniej na tę chwilę. Jak się nie uda coś wymyślę, jak
zawsze… - Uśmiechnął się promienie w jej stronę. Tak, to była prawda, coś by
wymyślił, jak zwykle. Nie miał więcej czasu na rozmyślania gdyż dotarli do kolejnego
domostwa. Zapukał i w napięciu czekał aż ktoś otworzy mu drzwi. Tym kimś była
kobieta, starsza już, za którą stało dwóch młodzieńców w wieku około dwunastu,
trzynastu lat oraz kilkuletnia dziewczynka, na oko mając z osiem lat, zaś w
cieniu, w głębi domu dało zauważyć się mężczyznę którego wieku nie dało się
zidentyfikować gdyż Alantar z Sylvią ledwo go widzieli. I tym razem Chłopak
zaczął jako pierwszy…
- Witam. –
Przerwał na sekundę, wiedział że tutaj pomocy nie znajdzie. – Wraz z siostrą
szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się zatrzymać, może Pani zna kogoś kto przyjął
by pod dach dwójkę młodych ludzi? – Uśmiechnął się przyjaźnie, to samo zrobiła
Sylvia. Przez krótką chwilę nikt się nie odzywał, aż w końcu kobieta z
zamyśleniem odpowiedziała:
- Nie wiem,
trudno powiedzieć… My na pewno nie. – Zamilkła na chwilę, po czym kontynuowała.
– Możecie spróbować pójść do Kanis, mieszka tam – Wskazała odległy dom
niedaleko lasu, można by rzec naprzeciw jej domu. – Od niedawna mieszka sama
więc może przydać się jej para albo dwie pomocnych dłoni. – Uśmiechnęła się
lekko w stronę Alantara i Sylvii, który odwzajemnił jej uśmiech...
- Dziękuję za
pomoc, miło było. – Po czym skłonił się i ruszył w stronę wskazanego domu, a
tuż za nim Sylvia. Nie był to specjalnie wielki dom, ale wyglądał na zadbany, z
prawej strony miał dobudówkę, która również nie wyglądała źle. W kilka minut
znaleźli się przed jego fasadą i po raz kolejny tego dnia zapukali do drzwi…
Otworzyła im młoda kobieta, mająca nie więcej niż dwadzieścia cztery lata,
przeciętnej urody z długi brązowymi włosami związanymi w jeden duży warkocz
sięgający jej pośladków. Spojrzała na nic z zdziwieniem i otworzyła usta, lecz
Alantar i tym razem był pierwszy.
- Witam,
Alantar – Skłonił się lekko dalej mówiąc. – A to Sylvia. – Wskazał dziewczynę
stojącą obok niego. – Szukamy dobrej duszy która poratowała by dwójkę młodych
ludzi schronieniem, ja sam jestem myśliwym, zaś moja siostra zna się bardzo
dobrze na ziołach. Słyszeliśmy iż mogły by się Pani przydać ręce do pracy. –
Uśmiechnął się lekko, bacznie obserwując twarz kobiety, która aktualnie
wyrażała wielkie zdziwienie. Chwilę jej zajęło pozbieranie się do siebie i w
tym czasie panowała między nimi krępująca cisza. W końcu odezwała się…
- Kanis,
miło mi… Nie wiem za bardzo co wam odpowiedzieć. Nie wiem… - Zamyśliła się
przez moment. – Wejdźcie chociaż na herbatę, porozmawiamy, wtedy się zobaczy. –
Uśmiechnęła się leciutko i wpuściła ich do domu. W środku było całkiem miło i
przyjemnie, widać że radziła sobie życiu, przynajmniej tyle Alantar mógł
wywnioskować po otaksowaniu niewielkiego holu, części jednego z pokoi oraz
kuchni gdzie zaprowadziła ich Kanis. Tam usiedli wygodnie przy stoliku, ona
zaparzyła po kubku herbaty i przez pewien czas siedzieli w milczeniu. W końcu
chłopak postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaczął mówić.
-
Przepraszam za najście, ale nie bardzo wiemy gdzie się podziać, a nie mamy pieniędzy
aby przeżyć w mieście, nasz dom spłonął, a podczas podróży napadli na nas
bandyci i z tego co wiemy cała reszta rodziny nie żyje, my zaś kilkanaście dni
podróżowaliśmy z kupcem którego spotkaliśmy na trakcie i tak znaleźliśmy się
tu. Zaś tutaj powiedziano nam iż jeżeli gdziekolwiek mamy szansę, to właśnie
tuta u Pani. – Uśmiechnął się gorzko. Wbrew pozorom wcale nie kłamał
specjalnie, jego rodzina naprawdę mogła nie żyć, zaś napadnięci byli, co prawda
nie przez bandytów, ale jednak…
- Jeśli była
by Pani tak miła i dała nam schronienie, jestem pewien że będziemy mieli jak
się odwdzięczyć, mój ojciec nauczył mnie jak polować, wystarczy mi łuk i
kilkanaście prostych strzał, zaś Sylvia... – W tym momencie Sylvia przerwała
mu, odzywając się w końcu.
- Sylvia zna
się na ziołach i eliksirach… Nasza matka była uzdrowicielką i odkąd byłam mała
uczyła mnie wszystkiego co potrafiła, dzięki czemu mój brat jest już na nogach.
– Przerwała, widząc iż Kanis otwiera
usta jakby chciała coś powiedzieć.
- Przykro mi
z powodu waszej straty, musi być wam ciężko… - Odpowiedziała kobieta powoli.
- Na
początku było, teraz niestety musimy się martwić o co innego. – Powiedział smutno
Alantar. To była szczera prawda, już dawno pogodził się z stratą wszystkiego co
miał, teraz najważniejsze było dzisiaj i jutro, to co go czeka i co zrobi z tym
nowym życiem.
- Rozumiem…
- Odpowiedziała Kanis po czym zamyśliła się na dłuższy moment. – Możecie się
zatrzymać tutaj, nie wiem na razie na jak długo, zobaczymy... – Znów zamilkła
na chwilę. – Zaprowadzę was do pokoi gdzie będziecie mogli spać. Rano jeszcze pomyślimy…
- Z tymi słowami na ustach kobieta wstała i zachęcając ręką aby i oni wstali i
poszli za nią, ruszyła na górę gdzie znaleźli się na niewielkim korytarzu z czteroma
drzwiami, jedne z nich prowadziły do Jej sypialni, kolejne dwa do niewielkich
pokoi w których mieściły się łóżko, niewielki stolik, oraz szafa, zaś ostatni
pokój nie został im pokazany… Każde z nich rozgościło się w swoim pokoiku,
Sylvia zeszła porozmawiać jeszcze z domowniczką, zaś Alantar opadł na twarde
łóżko i zaczął rozmyślać. Słońce właśnie zaczęło zachodzić… Mag pogrążył się
spoglądając w słońce powoli znikające za horyzontem, aż znikło całkowicie,
pozostawiając go w ciemności w której zasnął…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz