wtorek, 9 lipca 2013

Sen oraz początek nowego życia...


Ave! Żeby nie było że się obijam podczas wakacji... Zmieniłem kolorek, podoba się? Jeśli tak to zostawię ;) Tym razem w końcu jakiś większy kawałek tekstu a nie nędzne 5 min czytania :D mam nadzieję że się spodoba... Co prawda nie ma akcji o którą byłem proszony, ale trzeba czasami odpocząć prawda? Szkoda że w wakacje nie będę miał za bardzo czasu żeby pisać bo jak bym tak codziennie tyle wstawiał to bym skończył raz dwa :D Ale muszę już obwieścić iż mamy 17 kartek A4 tekstu i ok. 70,000 znaków... Jeszcze tak pięć razy tyle i mamy porządną książkę... Oczywiście dalej proszę o komentarze na temat co by można poprawić, co jest ok, co nie... Wszystko się przyda!





Biegł przez las w szaleńczym tempie, modląc się aby nie wpaść w tej gęstwinie w jakieś drzewo. Nie odwracał się, biegł dalej smagany przez gałęzie, aż dotarł do rozpadliny, gdzie na drugim krańcu czekała na niego postać opleciona czarną mgłą, która powoli spływała na ziemię, odrywając się „skrawkami” unosiła się w powietrze by po chwili zniknąć. Alantar zatrzymał się w miejscu, zdyszany i odwrócił w stronę lasu… I nie zauważył nic, jedynie prastarą puszczę, spokojną i niewzruszoną. Uciekał przed niczym? A może biegł do postaci która na niego czekała? Zamknął na chwilę oczy… Otworzyło się przed nim czarne, gwieździste niebo, spojrzał w bok, na Sylvię która smacznie spała, pogrążona w snach, jak on jeszcze chwilę temu. Leżał na ziemi, ognisko już dogasło, koń lekko zarżał, kupiec chrapnął, chłopak uśmiechnął się lekko i wstał powoli, dalej krzywiąc się lekko przy poruszeniu lewej ręki. Rozglądnął się uważnie po czym odszedł w ciemność pobliskiej gęstwiny by znaleźć się tuż obok niewielkiego strumienia… Usiadł przy jednym z masywnych drzew i wziął do ręki kamień mieszczący się w jego pięści, po czym skupił się na uczuciu które ogarniało go gdy korzystał z magii, przymknął oczy, po czym otworzył je mając w myślach rozkaz „unieś się”. I tak się stało, kamień uniósł się kilka centymetrów ponad dłoń Alantara, a on poczuł jak jego ciało opuszcza moc, przeciwstawił się temu uczuciu, a kamień nieznacznie obniżył się, jednak nie opadł całkowicie. O to właśnie mu chodziło... Zabrał rękę spod kamienia i ten opadł na mech. Jednak na tym Alantar nie skończył, dalej trzymał magię przy sobie, oswajał się z tym uczuciem kiedy moc krążyła w jego żyłach. Tym razem po prostu wyciągnął rękę, a przez jego głowę przemknęła szybka myśl i kamień znów się uniósł, tym razem wyżej, przed jego dłonią… Jednak jego uwaga była Skupina na tym by zachować przy sobie moc, zobaczyć ile tak naprawdę jej potrzeba aby ów kamień podnieść. Jeśli miał przeżyć, musiał nauczyć się kontrolować swoje umiejętności, musiał wiedzieć ile coś będzie go kosztowało. Zakręcił niewielki okrąg kamieniem, po czym cisnął go na drugą stronę strumyka, tym razem cały czas mając oczy zamknięte… Skupiał się na trzymaniu mocy w ryzach… Było to zadanie trudniejsze niż zmuszanie kamyka do lewitacji, jednak dzięki temu moc tak szybko go nie opuszczała… Przez pewien czas dalej sprawdzał swoje siły, aż do pierwszych promyków słońca, kiedy zmęczony wrócił do obozu gdzie właśnie budzili się pozostali… Nastał kolejny dzień żmudnej podróży…  Kolejne dni mijały spokojnie, choć jedno nie dawało mu spokoju gdy budził z tego snu, raz po raz nie każdej nocy, ale jednak. Przynajmniej dawało mu to niepowtarzalne okazje aby dalej ćwiczyć swój talent... W końcu dotarli do Stealde i kilkaset kroków za bramą rozstali się z kupcem zabierając resztki ich dobytku i zastanawiając się co dalej… Co prawda chłopak już nie jedną godzinę spędził na obmyślaniu co można by zrobić, lecz dalej nie miał żadnego dobrego pomysłu, nie dla kogoś w ich sytuacji. Jednak odeszli, zmierzając w stronę targu. Na początek potrzebował złota, a to co m zostało, trzy monety nie było wiele. Będąc już blisko, znaleźli tawernę gdzie kolejne dwie monety zostawili u oberżysty który w zamian uraczył ich kąpielą, przepraniem ubrań, skromną kolacją oraz miejscem do spania… I tak na następny dzień, oboje wyglądali o niebo lepiej, mimo że ich ubrania nie były idealne, ale wyglądali przyzwoicie. Sylvia została w tawernie, natomiast chłopak udał się wolnym krokiem na plac gdzie kupcy przekrzykiwali jeden drugiego, prując zwabić przechodniów do swoich straganów… Jednak Alantar z niewielkim nożem za pasem miał inne plany niż kupować coś. Zwinnie i z gracją przeciskał się przez tłum szukając wzrokiem sakiewek zwisających z pasów przechodniów. Nauczył się tego jeszcze w siebie, choć wtedy po prostu wraz z przyjaciółmi po prostu chcieli robić coś czego nie mogli. Teraz jednak pewnym i szybkim ruchem przeciął rzemyk i schwycił sakiewkę która zaczęła opadać w dół, by chwilę później zmieszać się z tłumem... Jednak jak się okazało jedna ręka to trochę mało i chłopak już następnym razem zwrócił uwagę okradanego. Co prawda uciekł, szybko chowając się w tłumie, ale niewiele brakowało, a jedna z jego zasad brzmiała iż jeśli raz mu się nie uda, tego dnia nie będzie już próbował… I choć mogło się to wydawać dziwne, zasada ta miała potwierdzenie praktyczne. Tak więc gdy wrócił miał tylko kilka monet więcej, co nie było dobrym znakiem… Nie mógł przecież kraść codziennie… Zjedli kolejny skromny posiłek, swoiste śniadanie połączone z obiadem po czym Alantar postanowił spróbować inaczej rozwiązać tą sprawę. Jak się dowiedział od jakiegoś starego jegomościa około pół godziny drogi od miasta mogli znaleźć niewielką wieś, o ile można tak nazwać kilka porozrzucanych po najbliższej okolicy domów… Co prawda ludzie z natury raczej nie byli w tych stronach przyjaźni, w takich miejscach blisko miast łatwiej było znaleźć schronienie w zamian za pracę, cięższą bądź lżejszą, ale jednak. Jak na razie po prostu musieli jakoś przeżyć, a zagrożenie mimo że realne, nie czyhało za rogiem, taką przynajmniej mieli nadzieję. Jak się po dobrych kilku chwilach, staruszek miał rację i Alantar wraz z Sylvią znaleźli na placyku ubitej ziemi wraz z studnią, a wokół bliżej bądź dalej dostrzegli domy, do których dało się dotrzeć w kilka minut marszem… Klasyczna wioska, przemknęło mu przez myśl. Brakowało tylko oberży... Cóż, Alantorowi to nie przeszkadzało, bo mogło to oznaczać tylko mniejszą ilość ewentualnych podróżnych, co akurat było im na rękę… Po krótkiej naradzie wybrali pierwsze domostwo w jakim spróbują. Zapukali do drzwi i już po chwili stali twarzą w twarz z postawnym mężczyzną w kwiecie wieku, z raczej ponura miną.
- Witam. – Powiedział szybko chłopak, zanim tamten zdążył coś powiedzieć po czym kontynuował. – Wraz z siostrą szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się zatrzymać na trochę, jestem myśliwym, a ona zna się na ziołach. – W tym momencie mężczyzna ozięble przerwał mu jego monolog…
- Szukajcie gdzie indziej, nie potrzebna mi dwójka przybłędów… - Z tymi słowy zamknął drzwi prawie że z hukiem. Alantar odwrócił się na pięcie i z westchnięciem zaczął się kierować w stronę kolejnego domostwa…
- Jesteś myśliwym? – Zagadnęła Sylvia z zdziwieniem w głosie, Alantar specjalnie dużo o sobie jej nie opowiedział, tak jak i ona o sobie, tak naprawdę całe dni rozmawiali o niczym i stąd wzięło się zdziwienie w jej słowach.
- Nie, ale potrafię całkiem dobrze polować, choć nie na tyle aby polować w czasie podróży… Tym bardziej potrzebował bym jakiegoś znośnego łuku, bo sztyletem nic poza królikiem nie zabijesz… -Skończywszy mówić uśmiechnął się lekko.
- To na pewno dobry pomysł? – Dziewczyna zmieniła temat, po raz kolejny mając wątpliwości czy jego plan się powiedzie. Co jeśli nie? Na to pytanie mogli przecież wkrótce poznać odpowiedź…
- Nie, ale najlepszy jaki mam, przynajmniej na tę chwilę. Jak się nie uda coś wymyślę, jak zawsze… - Uśmiechnął się promienie w jej stronę. Tak, to była prawda, coś by wymyślił, jak zwykle. Nie miał więcej czasu na rozmyślania gdyż dotarli do kolejnego domostwa. Zapukał i w napięciu czekał aż ktoś otworzy mu drzwi. Tym kimś była kobieta, starsza już, za którą stało dwóch młodzieńców w wieku około dwunastu, trzynastu lat oraz kilkuletnia dziewczynka, na oko mając z osiem lat, zaś w cieniu, w głębi domu dało zauważyć się mężczyznę którego wieku nie dało się zidentyfikować gdyż Alantar z Sylvią ledwo go widzieli. I tym razem Chłopak zaczął jako pierwszy…
- Witam. – Przerwał na sekundę, wiedział że tutaj pomocy nie znajdzie. – Wraz z siostrą szukamy miejsca gdzie moglibyśmy się zatrzymać, może Pani zna kogoś kto przyjął by pod dach dwójkę młodych ludzi? – Uśmiechnął się przyjaźnie, to samo zrobiła Sylvia. Przez krótką chwilę nikt się nie odzywał, aż w końcu kobieta z zamyśleniem odpowiedziała:
- Nie wiem, trudno powiedzieć… My na pewno nie. – Zamilkła na chwilę, po czym kontynuowała. – Możecie spróbować pójść do Kanis, mieszka tam – Wskazała odległy dom niedaleko lasu, można by rzec naprzeciw jej domu. – Od niedawna mieszka sama więc może przydać się jej para albo dwie pomocnych dłoni. – Uśmiechnęła się lekko w stronę Alantara i Sylvii, który odwzajemnił jej uśmiech...
- Dziękuję za pomoc, miło było. – Po czym skłonił się i ruszył w stronę wskazanego domu, a tuż za nim Sylvia. Nie był to specjalnie wielki dom, ale wyglądał na zadbany, z prawej strony miał dobudówkę, która również nie wyglądała źle. W kilka minut znaleźli się przed jego fasadą i po raz kolejny tego dnia zapukali do drzwi… Otworzyła im młoda kobieta, mająca nie więcej niż dwadzieścia cztery lata, przeciętnej urody z długi brązowymi włosami związanymi w jeden duży warkocz sięgający jej pośladków. Spojrzała na nic z zdziwieniem i otworzyła usta, lecz Alantar i tym razem był pierwszy.
- Witam, Alantar – Skłonił się lekko dalej mówiąc. – A to Sylvia. – Wskazał dziewczynę stojącą obok niego. – Szukamy dobrej duszy która poratowała by dwójkę młodych ludzi schronieniem, ja sam jestem myśliwym, zaś moja siostra zna się bardzo dobrze na ziołach. Słyszeliśmy iż mogły by się Pani przydać ręce do pracy. – Uśmiechnął się lekko, bacznie obserwując twarz kobiety, która aktualnie wyrażała wielkie zdziwienie. Chwilę jej zajęło pozbieranie się do siebie i w tym czasie panowała między nimi krępująca cisza. W końcu odezwała się…
- Kanis, miło mi… Nie wiem za bardzo co wam odpowiedzieć. Nie wiem… - Zamyśliła się przez moment. – Wejdźcie chociaż na herbatę, porozmawiamy, wtedy się zobaczy. – Uśmiechnęła się leciutko i wpuściła ich do domu. W środku było całkiem miło i przyjemnie, widać że radziła sobie życiu, przynajmniej tyle Alantar mógł wywnioskować po otaksowaniu niewielkiego holu, części jednego z pokoi oraz kuchni gdzie zaprowadziła ich Kanis. Tam usiedli wygodnie przy stoliku, ona zaparzyła po kubku herbaty i przez pewien czas siedzieli w milczeniu. W końcu chłopak postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaczął mówić.
- Przepraszam za najście, ale nie bardzo wiemy gdzie się podziać, a nie mamy pieniędzy aby przeżyć w mieście, nasz dom spłonął, a podczas podróży napadli na nas bandyci i z tego co wiemy cała reszta rodziny nie żyje, my zaś kilkanaście dni podróżowaliśmy z kupcem którego spotkaliśmy na trakcie i tak znaleźliśmy się tu. Zaś tutaj powiedziano nam iż jeżeli gdziekolwiek mamy szansę, to właśnie tuta u Pani. – Uśmiechnął się gorzko. Wbrew pozorom wcale nie kłamał specjalnie, jego rodzina naprawdę mogła nie żyć, zaś napadnięci byli, co prawda nie przez bandytów, ale jednak…
- Jeśli była by Pani tak miła i dała nam schronienie, jestem pewien że będziemy mieli jak się odwdzięczyć, mój ojciec nauczył mnie jak polować, wystarczy mi łuk i kilkanaście prostych strzał, zaś Sylvia... – W tym momencie Sylvia przerwała mu, odzywając się w końcu.
- Sylvia zna się na ziołach i eliksirach… Nasza matka była uzdrowicielką i odkąd byłam mała uczyła mnie wszystkiego co potrafiła, dzięki czemu mój brat jest już na nogach. –  Przerwała, widząc iż Kanis otwiera usta jakby chciała coś powiedzieć.
- Przykro mi z powodu waszej straty, musi być wam ciężko… - Odpowiedziała kobieta powoli.
- Na początku było, teraz niestety musimy się martwić o co innego. – Powiedział smutno Alantar. To była szczera prawda, już dawno pogodził się z stratą wszystkiego co miał, teraz najważniejsze było dzisiaj i jutro, to co go czeka i co zrobi z tym nowym życiem.
- Rozumiem… - Odpowiedziała Kanis po czym zamyśliła się na dłuższy moment. – Możecie się zatrzymać tutaj, nie wiem na razie na jak długo, zobaczymy... – Znów zamilkła na chwilę. – Zaprowadzę was do pokoi gdzie będziecie mogli spać. Rano jeszcze pomyślimy… - Z tymi słowami na ustach kobieta wstała i zachęcając ręką aby i oni wstali i poszli za nią, ruszyła na górę gdzie znaleźli się na niewielkim korytarzu z czteroma drzwiami, jedne z nich prowadziły do Jej sypialni, kolejne dwa do niewielkich pokoi w których mieściły się łóżko, niewielki stolik, oraz szafa, zaś ostatni pokój nie został im pokazany… Każde z nich rozgościło się w swoim pokoiku, Sylvia zeszła porozmawiać jeszcze z domowniczką, zaś Alantar opadł na twarde łóżko i zaczął rozmyślać. Słońce właśnie zaczęło zachodzić… Mag pogrążył się spoglądając w słońce powoli znikające za horyzontem, aż znikło całkowicie, pozostawiając go w ciemności w której zasnął…