niedziela, 30 grudnia 2012

Leśna podróż



Ave ;)  Jakieś kolejne 3-4 godzinki siedzenia przed komputerem i pisania, ja się da przydały by się jakieś nazwy miast i imiona postaci bo mam problem z wymyślaniem ;) Mogą być stylizowane na lekko rzymskie... Mam nadzieję że się tekst spodoba, to dalej kontynuacja pierwszego posta :D




Nie mógł sobie teraz przypomnieć jak się nazywa, ale kiedyś przejeżdżał tędy z ojcem. Choć tak naprawdę po co mu była by ta wiedza? I tak nie zamierzał się tu zatrzymywać, przejechał przez nie kryjąc się, tak jak by był zwykłym podróżnym. Tym bardziej trudno ukryć się wraz z koniem, gdy większość mieszkańców właśnie wędrowała w tą i z powrotem, zajmując się własnymi sprawami. Miał chłopak szczęście że znalazł akurat tą drogę, bo teraz już wiedział gdzie jest i gdzie chce się udać, już nie uciekał na oślep... Minąwszy wioskę i znalazłszy się za pagórkiem, spiął konia do szybszej jazdy, mimo wszystko nadal żołnierze mogli go dogonić, a on prócz sztyletu odebranego Magowi, nie miał innej broni, na magii nie mógł polegać, mimo że na razie nie zawiodła go, nadal nie wiedział jakimi prawami się rządzi, a bał się na razie sprawdzać to samemu, nie mógł teraz pozwalać sobie na zmęczenie jakie go ogarniało po jej użyciu, i tak ledwo co się trzymał. Przez trzy dni nic, ani nikt go nie niepokoił, prócz kupców i innych wędrowców, nikogo nie spotkał. To podnosiło go na duchu i dawało nadzieję że jednak uda mu się uciec. Choć jeszcze niczego nie był pewien... Miał jeszcze przed sobą niewielkie miasto, Sacium i jeśli tam ktoś wiedział że jest ścigany, jego podróż szybko się skończyła, jednak gdy o poranku zjawił się przed miejską bramą, straż nie zwróciła szczególnej uwagi na chłopaka, choć fakt że był w opłakanym stanie, a siedział na całkiem niezłym rumaku, mógł dać do myślenia, jednak po samym koniu również nie było tak dobrze widać jego walorów, nie po tak wyczerpującej podróży... Alantar chciał tu spędzić nie dłużej niż dzień, sprzedać szybko konia i sztylet, który z racji zdobień mógł zwracać zbyt dużą uwagę, kupić kilka rzeczy i ruszyć w las, tym razem lepiej przygotowany... Za kawałek sera i suszonego mięsa, dowiedział się od jednego z żebraków że konia jak i cokolwiek innego sprzeda bez zbędnych pytań u niejakiego Darrika, którego można było spotkać w oberży "Złoty Lampion", cokolwiek by to znaczyło. Nie tracąc czasu, na podziwianie miasta, odszukał oberżę, przywiązał konia do słupka wraz z dwoma innymi rumakami nie należącymi do niego. W środku "Złoty Lampion" nie przedstawiał się ani imponująco, ani biednie, wręcz "szaro", nie wyróżniając się dosłownie niczym... Alantar czasu nie miał, toteż nawet nie bawił się, stanął na środku pomieszczenia i zaczął mówić, głośno, aby każdy z nielicznych klientów go usłyszał.
- Szukam Darrika, mam interes, czekam na zewnątrz... -
Po czym obrócił się na pięcie i wyszedł. Był zbyt zmęczony by uciekać się do finezyjnych zagrań. Wcale jednak długo czekać nie musiał, wręcz przeciwnie, zdążył uwolnić wierzchowca gdy z oberży wyłonił się mężczyzna w sile wieku, porządnie ubrany, z sukcesem wymalowanym na twarzy.
- A czego szukał by taki smarkacz jak ty u Pana Darrika? Co? -
- Tego co inni, pieniędzy... Słyszałem że nie zadaje zbędnych pytań, za to z chęcią kupi dobrego rumaka - Tu wskazał na swego konia.
- Oraz jeszcze coś innego. -
- Tego tu konia? Przecie to zwierzę zamęczone jest! Zdechnie zanim ktoś go kupi! - Oburzył się mężczyzna.
- Czyli to Pan... - Chłopak uśmiechnął się lekko.
- Ah, dobra chłopcze, mów co tam jeszcze masz, bo tego konia możesz spisać na straty... -
- Najpierw koń. Jeśli go Pan nie kupi, znajdę kogoś innego. Dowiózł mnie tu mimo że przez cały tydzień był gnany ile sił, tydzień, dwa i będzie jak nowy. Jest przeszkolony, potrafi poruszać się po lesie, swego czasu jeździł na nim Cesarski Mag! - Tym razem uśmiechnął się szerzej i z juków wyciągnął zdobiony sztylet.
- Ten sztylet też chcę Panu oddać, sądzę iż lepiej posłuży niż mi. Sześćdziesiąt nieoberżniętych złociszy, za konia i sztylet, w życiu Pan lepszego interesu nie ubije... - Chłopak nie do końca miał prawdę, choć akurat taka kwota za konia i sztylet naprawdę była kusząca, ah, czasami dobrze jest gdy ojciec jest kupcem i chce wpoić synowi trochę wiedzy o swym zawodzie...
- Cesarski Mag? Gdyby nie cena powiedział bym tobie abyś uciekał, uciekał jak najdalej. Masz tu i leć, jeśli dopisze ci szczęście nigdy się już nie zobaczymy... - Dodał po czym odsznurował jedną z sakiewek przy pasie, wyjął kilka monet, po czym podał ją chłopakowi, ten przytroczył ją do paska, wyjął worek z zapasami, podał sztylet i lejce, po czym odszedł, zarzuciwszy sobie prowiant na plecy. Następne kilka godzin spędził na szukaniu potrzebnych mu rzeczy, takich jak wysokie skórzane buty, również skórzane spodnie, nową koszulę i jakże by inaczej, skórzaną "kurtkę", prócz tego sprawił sobie całkiem niezły plecak do którego zapakował jedzenie, oraz już zwyczajny nóż. Gdy miał już wszystko o czym pomyślał, zostało mu w sakiewce kilkanaście monet, które zamierzał zachować na wszelki wypadek. Jeszcze przed zmrokiem znów znalazł się na trakcie, który w pewnym momencie rozgałęział się. Alantar skręcił w prawo, wprost do leśnej gęstwiny. Już się nie forsował, szedł spokojnie, miarowym krokiem, tak aby nie męczyć się specjalnie. Znów zaczął rozmyślać... Nie mógł przecież uciekać w nieskończoność, prędzej czy później, znajdą go, obojętnie gdzie się ukryje. Nie mógł też zawrócić. Jak na razie postanowił zaszyć się w lasach gdzie trudniej będzie go znaleźć, jednak to też było rozwiązanie tymczasowe, nawet jeśli udało by mu się od czasu do czasu coś upolować, i tak musiał by niekiedy wychodzić do ludzi...Tej nocy, gdy już ułożył się pod pniem zwalonego drzewa, znów odnalazł niewielki kamyk który położył na otwartej dłoni, zamknął oczy i przypomniał sobie jak to jest, w jego żyłach znów pojawiła się moc, skupiony na tym uczuciu, chciał aby kamyk wzbił się w powietrze. I tak też uczynił, unosząc się kilka centymetrów nad jego dłonią. Nadal skupiony, zaczął poruszać kamykiem tak aby ten latał wokół jego uniesionej dłoni. Po kilku chwilach fascynacji, złapał kamyk, a moc znów odeszła, zostawiając po sobie nieznośne uczucie zmęczenia. Mimo wszystko Alantar był zadowolony i zasnął szybko... Pierwszy raz od kilku dni, udało mu się wyspać i nie czuć gorzej niż poprzedniego dnia. Nienaturalne zmęczenie zniknęło, zostało jedynie to wywołane ucieczką, jednak nawet to dodawało chłopakowi otuchy. Leśny krajobraz w miarę jak zagłębiał się, wcale nie zmieniał się, jedynie drzewa niekiedy wyglądały starzej, potężniej... Tego wieczoru kamyk znów krążył wokół jego ręki, raz jednej, raz drugiej, a gdy zbudził się, czuł się lepiej, coraz lepiej. Bez swego przywódcy żołnierze chyba zaniechali swej pogoni, gdyż jak na razie nie zapowiadało się aby byli choćby na jego tropie... I to naprawdę go cieszyło. Znów chociaż trochę poczuł się jak normalny człowiek. Powoli mógł już planować co zrobić, gdzie się udać. Jakimś cudem jemu, szesnastoletniemu chłopakowi udało się uciec mimo iż większość uważała to za niemożliwe, ba, udało mu się przeżyć spotkanie z "Władającym Mocą" i wyjść z niego bez szwanku! Zastanawiał się ile osób kiedykolwiek usłyszy jego historię... Może właśnie dlatego snuto opowieści jedynie o tych którym się nie udało? Bo nikt nie dowiadywał się że ktoś uciekł? Coś w tym było, choć przecież żołnierze mieli równie długie języki co i zwykli ludzie, albo i dłuższe...Cóż, teraz nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Kolejne dni zlewały się w jeden, wciąż ten sam krajobraz starego lasu, powoli znikające zapasy, szlifowanie nowych umiejętności, sen. I chyba tylko dlatego że z dnia na dzień odzyskiwał siły, liczył ile ich minęło, gdy cztery dni później, siedział na skraju polany, oparty o rozłożysty dąb, godzinę czy dwie po zachodzie słońca. Tą sielską chwilę zakłócił tętent końskich kopyt, oraz dziewczęcy głos, a raczej krzyk. Chłopak zerwał się na równe nogi, a już chwilę później zobaczył dziewczynę na koniu, która na jego widok krzyknęła i spróbowała spiąć konia, ale ten wierzgnął i zrzucił ją z siodła, po czym pogalopował dalej. Jeszcze zanim zniknął za ścianą lasu, Alantar zobaczył krew na jego boku. Działo się tu coś bardzo przypominającego scenę sprzed kilku dni, tyle że tym razem to nie jego ścigano. Skierował swe kroki ku dziewczynie, lecz gdy ta tylko wstała, poczuł, a może zobaczył w jej oczach? Coś, co skłoniło go aby zatrzymał się. I właśnie wtedy ona krzyknęła:
- Zabiję chociaż jednego z was! -
I zamachnęła się na niego, a z jej ręki wyleciał niewielki srebrny grot mknąc w jego stronę. Zamknął oczy, przywołując moc. Chciał zatrzymać ten grot, nieważne ile go by to kosztowało, chciał go zatrzymać. Gdy otworzył oczy, grot tuż przed jego piersią, spowity w czarną "mgłę" nie poruszał się, zaś dziewczyna opadała na ziemię. Nadal kurczowo trzymając się mocy krążącej w jego żyłach, odsunął się na bok i znów zamykając oczy, puścił grot dalej, tak że ten uderzył w drzewo i zniknął, pozostawiając po sobie głęboką dziurę. Alantar znów spojrzał na nieznajomą. Słyszał w oddali kolejne pary końskich kopyt. Z sztyletem w dłoni podszedł do bezbronnej dziewczyny, ukucnął przy niej i cicho odezwał się.
- Kogo chcesz zabić? Czarodziejko... -
Dziewczyna zaczęła szlochać, nie miała już sił by znów go zaatakować, a obawiała się najgorszego, on był magiem, a skoro nim był, mogło to oznaczać tylko jedno...
- Dobrze wiesz, Cesarski psie! - Odpowiedziała, z złością w głosie, co w połączeniu z łzami nie wyglądało zbyt przekonywująco.
Alantar spojrzał na nią z zdziwieniem, choć zaraz zrozumiał o co jej chodziło...Co by pomyślał on sam gdyby zobaczył kogoś na jej miejscu? Kogoś kto był w stanie się przed nią obronić...
- Nic nie wiem, a przynajmniej nie wiedziałem... - Mówiąc to wstał i podał jej rękę. Moc znów powoli odchodziła, a przychodziło zmęczenie. Nie miał czasu aby uciekać, konni mieli lada chwila wpaść na polanę.
- Rób co mówię, a może zobaczymy jeszcze świt... - Może to jego słowa, a może po prostu rozpaczliwa próba ratowania życia, ale dziewczyna wstała i kiwnęła głową.
- Pójdź kilka kroków dalej, masz być widoczna od strony z której przybędą... Jak tylko wyjadą mają ciebie widzieć, ja będę za nimi. Jak mnie zobaczą, oboje zginiemy... - Nie czekając na odpowiedź truchtem pobiegł do jednego z dębów na skraju polany, tak aby konni minęli go, zostawiając za swoimi plecami, sztylet trzymał w dłoni, schowany za plecami, aby żadne nieporządne promienie księżyca nie rzuciły odbicia na klindze. Ledwo zdążył to zrobić, pięciu jeźdźców wypadło, minęło go i zatrzymało się kilkanaście kroków od dziewczyny. Jak na zawołanie, wszyscy zeskoczyli z koni. Alantar ruszył w ich stronę, starając się być cicho. "Władający Magią" stał w środku "szeregu"... Splótł ręce na piersi i zaczął mówić...
- Nie słyszałaś opowieści? Przed nami nie ma ucieczki mała wiedźmo. Zwykle staramy się nie zaprzepaszczać młodych talentów, ale tutaj, nie dajesz nam wyboru... - Gdy tak mówił, dwóch żołnierzy zaczęło się do niej zbliżać, każdy z innej strony, dwóch zostało przy Magu, broniąc jego boków...
- Na mocy danej mi przez Cesarza, ble, ble, ble, skazuję cię na... - Słowa maga zamieniły się w bulgot gdy Alantar przeciął mu gardło. Nie tracąc czasu wyciągnął nóż z jego pochwy i cisnął nim w Cesarskiego zbliżającego się do dziewczyny z lewej... Drugiego zasłonił wojak po prawej Maga, wyciągający już wraz z kamratem miecze. Chłopak pchnął ciało do przodu, rzucając się w raz z nim, przetoczył się i wstał szybko, drugi sztylet, ten którym zabił Maga, powędrował w stronę tego który chciał czarodziejkę zajść z prawej. Teraz zostało tylko dwóch, a Alantar nie miał już broni... Gdy chciał się już odwrócić w ich stronę, kątem oka zobaczył ostrze lecące w jego stronę i spróbował odskoczyć, za późno, mimo wszystko miecz przeciął jego lewie ramię, prawie ocierając się o kość. Chłopak krzyknął z bólu, i uniknął drugiego cięcia. Jeszcze przez chwilę unikał ciosów, po czym przeciwnicy na chwilę przestali... Na pewno nie aby dać mu odetchnąć... Spojrzeli po sobie bo czym każdy skoczył w inną stronę, pchając ostrza jednocześnie z dwóch stron, wprost na niego. Alantar rzucił się na plecy, podcinając przy okazji nogi temu po prawej, tak że poleciał na niego, co zatrzymało cięcie kompana. W jego żyłach znów rozlała się moc, co chłopak skwitował szybkim uderzeniem w spadającego na niego wojownika. Takich efektów się nie spodziewał... Wiedział że dzięki temu jest w stanie szybciej i silniej uderzać, ale jego oponent po prostu zmienił kierunek "spadania" lecąc plecami na ziemię, odsłaniając tym samym Alantara na atak kolegi. Lewą ręką chłopak złapał go za kostkę i spróbował wywrócić, przypłacając tą brawurową akcję, kolejną falą bólu. Jednak ból był niczym w porównaniu z mieczem który inaczej przebił by jego klatkę piersiową. Chłopak zerwał się na równe nogi. Długo nie był w stanie tak walczyć, rana, zmęczenie i magia którą utrzymywał kosztowała go sporo... Ostatni z Cesarskich też już zdążył się pozbierać i przy okazji wpaść w szał, w końcu walczył teraz o swoje życie... I właśnie wtedy Alantar zdał sobie sprawę co może zrobić... Wyciągnął rękę, i pchnął przeciwnika z powrotem na ziemię. Gdy to robił, jego rękę spowiła czarna mgła, urywająca się strzępkami, "żywa" niczym ogień, choć wolniejsza... Chłopak pochwycił miecz tego którego powalił za pomocą dłoni, uniósł drżącą lewą rękę, tym razem unieruchamiając go. Tym razem "mgła" znów spowiła rękę, znów tą którą wyciągnął w stronę przeciwnika. Podszedł do niego i wbił miecz prosto w serce, kończąc jego życie szybko i bezboleśnie. Teraz pozostało tylko dobić ogłuszonego wojownika którego chwilę wcześniej powalił, tu już nie używał magii, nie był w stanie. Powłócząc nogami doszedł do niego i wbił miecz, również w serce, nie chciał zadawać niepotrzebnego cierpienia... A potem opadł na kolana, w oczach mu pociemniało i zasnął, przynajmniej tak sądził... 

piątek, 28 grudnia 2012

Sala Tortur cz. 2 oraz kontynuacja

Ave, tym razem dużo więcej tekstu, choć szczerze powiem że pisałem to jakieś 6 godzin więc mogą się błędy wkraść ;) Przydały by się komentarze czego za dużo, czego za mało, w końcu po to założyłem bloga :D 





W tym momencie, Alantar poczuł jak po jego żyłach rozlewa się dziwna moc, silniejsza niż adrenalina, o wiele silniejsza. Ale on chciał jedynie uwolnić się, nie mógł pozwolić aby wypalili mu na szyi ten znak. I klamry puściły, w jednej chwili, w ciągu ułamka sekundy był wolny, a jego noga wystrzeliła by spotkać się z klatką piersiową tego który trzymał żelazo. Zerwał się szybciej niż kiedykolwiek był by w stanie, a jego oprawca poleciał do tyłu przewracając się i zahaczając głową o kamienie paleniska. Drugi, ten który zadawał pytania zdążył wyciągnąć sztylet, gdy Alantar przygwoździł go jedną ręką do ściany. Nie myślał teraz, po prostu dusił go, uśmiechając się szaleńczo, gdy tamten przestawał powoli się ruszać. Sztylet którym Cesarski chciał by się bronić, dawno zdążył się potoczyć na ziemi, znikając w mroku pomieszczenia. W końcu zwiotczał w jego rękach, umarł, a siła która krążyła w żyłach Alantara odeszła równie niespodziewanie co przybyła, przez co chłopak puścił trupa, a ten opadł bezwładnie niczym kukła. Co teraz? Co tu się stało? Nadal nie był w stanie uwierzyć co tu się stało, jak to się stało. Jednak wiedział, jeśli tu dłużej zostanie, zginie. Zdjął z trupa płaszcz i zarzucił na własny grzbiet, kiedy to przypomniał sobie o drugim oprawcy. Zerknął zaniepokojony w jego stronę, lecz ten nie ruszał się, może też był martwy? Alantar nie miał czasu na rozmyślanie o tym, musiał jakoś się stąd wydostać. Prócz głównych drzwi, nie było tu innego wyjścia, dlatego nie zastanawiał się ani chwili, zapukał do drzwi, zarzucając na głowę kaptur. Zaczynał z powrotem czuć skutki kilku godzin tortur, cud że był w stanie chodzić, tym bardziej że zaczynało go ogarniać dziwne zmęczenie, którego wcześniej nie było… Z tych rozmyślań wyrwał go głos strażnika.
- Skończyliście już?
- Nie jeszcze nie, ale zostawiam ich samych, ma go jeszcze trochę zmiękczyć. – Odpowiedział naśladując głos tego którego udusił.
- A co to za hałasy były? Aż tu było słychać łupnięcie…
- Trochę mnie poniosło… - Miał nadzieję że uda mu się oszukać strażnika i właśnie tak się stało. Ten odsunął skobel, wypuszczając chłopaka z Sali. Alantar bez słowa ruszył naprzód, wymijając strażnika. Wiedział gdzie jest, bywał tu już kilka razy za drobne przewinienia i zwiedził niewielkie lochy Straży. Teraz trzymając głowę nisko, szedł powoli w stronę stajni. O własnych nogach nie zajdzie daleko, już ledwo powłóczył nogami, a jego bok znów zaczynał krwawić. O dziwo nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, może przez wzgląd na porę dnia? Była już ciemna noc, czas gdy co poniektórzy odwiedzali tutejsze Zamtuzy, czy inne lokale wątpliwej przyjemności… I chyba właśnie dlatego nikt na niego nie zwrócił uwagi. Po czasie który wydawał mu się niemiłosiernie długim, stanął bocznych drzwiach stajni, spokojnie jak tylko potrafił rozejrzał się i dojrzał jakiegoś chłopaka, wiosnę bądź dwie starszego od niego, jak przygotowywał jednego z kilku koni. Cała reszta była już przygotowana do jazdy, co oznaczało że lada chwila mieli wyruszać w pogoń za Anastasią. I tym razem sprawa była prosta, Alantar podszedł spokojnie do chłopaka , ten skinął mu głową i rzekł:
- Jeszcze chwila i gotowe, możesz Panie powiedzieć reszcie aby się zbierali. –
Ale nie, on nie miał zamiaru czekać, a tym bardziej odchodzić… Zamachnął się szybko prawą ręką i wyrżnął chłopaka w szczękę, aż ten znalazł się w objęciach leżącej na ziemi słomy. Sprawnie dokończył dzieła kopiąc z całej siły w okolicy skroni, tak że sam omal się nie przewrócił, co zaowocowało kolejnymi spazmami bólu. Zgięty w pół, wybrał konia który wyglądał na najszybszego, złapał za lejce i powoli zaczął prowadzić. Miasto było ciche, choć gdzie niegdzie słychać było pijackie głosy, czy „wyznania miłości”. Chłopak jednak nie marzył o niczym innym niźli położyć się i zasnąć. Jednak brnął w tej ciszy dalej, zmierzając do jednej z trzech bram miasta. Miał teraz czas aby to wszystko przemyśleć, aby znaleźć odpowiedzi na pytania. Jednak za każdym razem dochodził do tego samego wniosku. Magia, tylko dzięki niej człowiek jest w stanie robić takie rzeczy, tylko ona jest w stanie uwolnić człowieka w oka mgnieniu. A jednak nie wierzył, nie wierzył że to on, że to on sam uwolnił się za pomocą magii. Magii która przecież była w Cesarstwie zakazana, a ci którzy byli obdarzeni darem, ścigani niczym zwierzęta, bądź zmuszani do wstąpienia w szeregi „Władających Mocą”. Czy to mogła być prawda, że on, szesnastoletni chłopak był magiem? Czy to wszystko sprawka Anastasi? Dziś nie był pewny ani jednego, ani drugiego. A jeżeli to sen? Co jeśli to jedynie jeden wielki, koszmar? Jednak nie, czuł ból, jego ręce drżały i nie był w stanie się obudzić, to była rzeczywistość, chora niemożliwa rzeczywistość. Myśląc tak dotarł do bramy, gdzie kilku wartowników czuwało w dzień i noc, jednak widząc płaszcz, otworzyli bramę…
- Straż przednia, czy zwiad? – Zapytał jeden. Alantar przełknął ślinę, jego gardło było suche niczym wiór, jednak odezwał się.
- Zwiad, trzeba sprawdzić czy nie uciekła tą drogą. Mogłem powiedzieć że mam gorszy wzrok, a nie posyłają mnie w środku nocy… - Skoro już i tak kłamał, trzeba było robić to dobrze, w końcu godziny przesiedziane w celi na coś się przydały, potrafił przynajmniej wyglądać jak strażnik i tak się odzywać.
- Ha! I coś się wyrywał? Lepiej idź, bo coś mi się zdaje że chmury niedługo pojawią się i nawet księżyca nie dojrzysz… -
I właśnie gdyby nie fakt że księżyc, a raczej jego połowa świecił całkiem mocno, a niebo było bezchmurne, chłopak wybrał to a nie inne kłamstwo. Nie czekając i nie odzywając się, ruszył dalej, stękając cicho. Na odchodnym skinął jeszcze głową. Kilka chwil później był już na przedmieściach, skupisku niewielkich chałup, gdzie mieszkali najubożsi, dziękujący za każdy przeżyty dzień, gdyż od „dziczy” nie odgradzał ich już żaden mur. Po kilku kolejnych krokach Alantar wspiął się powoli na konia i ruszył stępa, krzywiąc się niemiłosiernie. Jednak mimo całego cierpienia jakie czuł, będąc w siodle, znosił je, bo tylko tak miał jakiekolwiek szanse aby uciec, czy chociażby przeżyć kolejny dzień. Gdy tylko minął wszystkie domki, pogonił konia, musiał odjechać jak najdalej bo nie mógł na koniu uciekać w nieskończoność. Gdy przeglądał juki, znalazł całkiem spory zapas suszonego mięsa, trochę sera, oraz niewielkie ilości innego jedzenia. Przynajmniej tego mu nie zabraknie. Nie znalazł za to żadnej broni, krzesiwa czy medykamentów. O wodę też nie musiał się jeszcze troszczyć, co przyjął z ulgą gdy znalazł jej sporą butelczynę. Musiał przysnąć na chwilę, bo gdy się obudził, niemal spadł z konia, a na niebie ledwo co wzeszło słońce. Znów popędził konia, wpadł na leśną drogę. Niemal do wieczora pędził ile tylko dało się z konia wycisnąć, oraz ile sam był w stanie znieść, lecz pod wieczór zabrał jak najwięcej prowiantu, bukłak wody i pogonił konia drogą, zaś sam zboczył w leśne ostępy. Powoli zaczynało do niego docierać że to naprawdę się dzieje, a on naprawdę włada magią. A przecież on jako jeden z niewielu, nie marzył aby władać taką mocą, bo wiedział że gdyby ją miał, jego życie było by skończone. A jednak był tu, żył jeszcze, tylko dzięki przypadkowi, ale żył. A wszystko przez jedną dziewczynę, przez jego Anastasię. Gdyby jej nie spotkał, nie pomógł by jej, a moc pewnie nigdy by się nie ujawniła. Jednak tak się nie stało, po prostu musiał wtedy jej pomóc, musiał się zakochać w dziewczynie przez którą zrujnował swoje życie. A przecież mówiła mu jak to się może skończyć, mówiła mu że musi uciekać, nie chciała przyjąć jego pomocy, ale on musiał postawić na swoim, tak jak teraz… Nie zamierzał zginąć, mimo że nie słyszał o nikim komu by się udało uciec, on zamierzał zniknąć, uciec i przeżyć. I właśnie dlatego mimo bólu i zmęczenia, brnął przez wiekowy las, aż nie był w stanie iść dalej. Dopiero wtedy poszukał zagłębienia gdzie mógł by się schować i tam usnął. Obudził się późnym rankiem następnego dnia, ukrył w mchu płaszcz uduszonego przez niego Cesarskiego i ruszył dalej, mimo że sen nie przyniósł upragnionego odpoczynku. Nie wiedział jak blisko jest pogoń, ale wiedział że jeśli się zatrzyma, zginie. Rany pokryły się strupami, zmieszanymi z błotem i ziemią, zaś jego zapasy kończyły się szybciej niż sądził. Mimo to miał jeszcze jedzenia na dobre kilka dni. Problem zaś był z wodą, która już prawie mu się skończyła. Nie znał tych lasów i nie wiedział gdzie mogą być strumienie i właśnie dlatego o to się martwił. Bez wody nie miał szans na ucieczkę, nie w takim stanie. Ale szedł dalej, w pocie czoła, mając nadzieję że się uda. Kolejnego wieczoru, gdy leżał oparty o potężny dąb, zobaczył wilka, ten jednak widząc chłopaka, oddalił się powoli. Skoro był jeden, oznaczało to że jest ich w pobliżu więcej, ale akurat tym Alantar się nie przejmował, mimo wielu opowieści, wilki rzadko kiedy atakowały ludzi, choćby i tak bezbronnych jak on. Gdy zjadł kolejny pasek mięsa, wziął niewielki kamyk w dłoń i zaczął się nim machinalnie bawić. W pewnym momencie, pomyślał że musi się przekonać że to on, a nie kto inny uwolnił go. Wyciągnął rękę przed siebie trzymając kamyk na środku dłoni. Próbował się skupić, chciał aby kamyk uniósł się w powietrze. Jednak to nic nie dało, jedynie jego ręka lekko drżała, kamyk pozostawał na miejscu. Jeśli miał przeżyć, musiał nauczyć się jak to kontrolować… Tym razem spróbował inaczej, zaczął przypominać sobie jakie to było uczucie gdy moc wypełniała jego żyły, zamknął oczy, a jego myśli po raz pierwszy od kilku dni stały się jasne i klarowne, poczuł jak moc znów wypełnia jego żyły, nie tak silna jak wtedy, zaś w jego głowie pojawił się rozkaz „unieś się”. I w tym momencie otworzył oczy, zaś kamyczek uniósł się na kilka centymetrów, by zaraz opaś z powrotem. Alantar uśmiechnął się i właśnie wtedy znów poczuł to zmęczenie, nienaturalne zmęczenie, a jego ręce zaczęły drżeć… To nie był dobry pomysł, ale dał mu nadzieję, wiedział że to na pewno on, nie kto inny, wiedział że to on posiada moc. Było to zarazem dobre i złe. Teraz już wiedział że posiada coś o czym niektórzy jedynie marzą, lecz właśnie dlatego miał zginąć. Położył się, zmęczenie zaczynało brać górę, a po użyciu magii było jeszcze gorzej, a przecież właśnie teraz potrzebował jak najwięcej energii… Mimo że zasnął w miarę wcześnie, obudził się dużo po wschodzie słońca. To nie był dobry znak… Znów zjadł poranną część posiłku i ruszył w mozolną podróż przez leśne ostępy. Czuł że pogoń zbliża się do niego, jednak nie mógł mieć pewności że jego przeczucie jest słuszne, dlatego tak jak i w poprzednie dni, znalazł miejsce nadające się do spania i zasnął. Jednak tym razem obudził się w środku nocy, słysząc w oddali tętent końskich kopyt. Zerwał się i zaczął biec przez las, nie miał chwili do stracenia, musiał jakoś ujść pogoni, ale nie był w stanie przegonić koni… Gdy wypadł na jedną z licznych polan w okolicy, na końcu polany już czekał na niego jeden z jeźdźców, zaś kilku kolejnych było tuż za jego plecami… Nie miał innego wyjścia jak stanąć na środku plany, osaczony przez Cesarskich. W końcu po kilku chwilach z lasu wypadła dwójka pozostałych, jeden nie wyglądał wcale na żołnierza, nie, Alantar rozpoznał w nim jednego z „Władających Mocą”… Ci zatrzymali się w pewnej odległości od niego i zeszli z koni, ten którego Alantar uważał za Cesarskiego Maga, odezwał się jako pierwszy…
- Nie masz dokąd uciec chłopcze. Dobrze wiesz że jeśli teraz nie wykażesz się rozwagą, zginiesz. – Mówiąc to, uśmiechnął się, jakby właśnie opowiedział przedni dowcip.
- Zanim mi coś odpowiesz, zastanów się. Mam dla ciebie ofertę. Powiesz nam wszystko co wiesz o twojej przyjaciółce, i poprzysięgniesz wierność Cesarstwu, a ja zapomnę o tym co się stało. Za parę lat staniesz się jednym z nas, będziesz wiódł dostatnie życie i nikt nie dowie się o tym co tu się stało… -
Jego oferta była kusząca, jednak on wiedział jak to się skończy… Nigdy nie zamierzał żyć pod czyimś jarzmem. Ale warto spróbować…
- Będę mógł wrócić z powrotem? – Zapytał się drżącym głosem, choć na tyle głośno aby tamten go usłyszał. Zaś mag, zaśmiał się słysząc pytanie.
- Nie, nie przez najbliższe kilka, lat, ale potem, czemu nie? Co ty na to chłopcze? – Mag wyciągnął w jego stronę rękę. Alantar przez dłuższą chwilę się wahał, lecz w końcu, ruszył wolnym krokiem, utykając lekko, podczas ucieczki kilka razy przewrócił się… Powoli i jakby niezdecydowanie, zbliżał się do uśmiechniętego Maga i w końcu doszedł. Będąc krok od niego, powoli wyciągając prawą rękę w jego stronę, zamknął oczy i przypomniał sobie wszystko co się stało w ciągu ostatnich kilku dni, zacisnął palce lewej dłoni w pięść i otworzył oczy gdy miał już uścisnąć dłoń Maga, w jego żyłach znów rozlała się moc, a jego lewa ręka wystrzeliła niby piorun, uderzając maga prosto w skroń, zanim ten był w stanie zareagować. A przecież miał taki świetny plan, gdy tylko Alantar dotknął by jego dłoni, został by pozbawiony świadomości, jednak chłopak był szybszy niż się spodziewał… Nie czekając chłopak złapał Maga i zza jego pasa wyjął sztylet, który przytknął do gardła ogłuszonego Cesarskiego. Jego kompani, zamarli, nie mogli pozwolić aby „Władający Mocą” zginął, gdyby tak się stało, oni również mogli pożegnać się z życiem. Zaś Alantar myślał, intensywnie myślało teraz… Nie miał dużo czasu, jeżeli żołnierze zobaczyli by że się wacha, ruszyli by na niego.
- Oddajcie jednego konia, z pełnymi jukami, teraz. – Przerwał na chwilę, dając im czas na wykonanie jego żądania. Gdy zapakowali juki do pełna, uszczuplając tym samym własne zapasy, odezwał się po raz kolejny.
- O świcie będziecie mogli odejść z tej polany, znajdziecie go na skraju lasu jeżeli ruszycie w tą samą stronę co ja. Nie zamierzam wam tego utrudniać, z lasu wyjadę jadąc prosto, potem możecie już próbować mnie szukać. Ale jeśli opuścicie tą polanę, on zginie. – W jego żyłach nadal krążyła moc, więc bez większych problemów wrzucił przyszłego trupa na grzbiet konia i sam wskoczył w siodło, znów przytykając sztylet do gardła swej ofiary.
- Zrozumieliście? Dowiem się jeśli ruszycie za mną… - Dodał i spiął konia. Nie czekał na odpowiedź, wiedział że ci dwaj nie ruszą się z miejsca, wiedział że wyruszą dopiero o świcie. Za to oni nie wiedzieli iż to nic nie da, „Władający Mocą” i tak miał zginąć… Lekkim kłusem wpadł w bór, kierując się w stronę granicy lasu. Kiedyś podczas polowania odwiedził tą polanę i tylko dlatego wiedział gdzie powinien skierować konia, aby jak najszybciej wydostać się z gęstwiny. Gdy tylko moc zniknęła, znów poczuł zmęczenie, zachęcające go aby zmrużył powieki choćby na chwilę, czego nie mógł zrobić, nie teraz i nie przez najbliższe godziny. Zaczynał być u kresu swych sił… Jednak świadomość że przeżył to spotkanie, dawała mu nadzieję, a ta siły aby brnąć przed siebie i nie zatrzymywać się. Niedługo później znalazł się znów na otwartej powierzchni, pierwszy raz od kilku dni, widział wcale nie tak daleko gościniec. I to właśnie tutaj zsiadł z konia, ściągnął nieprzytomnego Maga i ułożył go pod drzewem. Przez chwilę wahał się, trzymając w ręku nóż, ale w końcu przełamał się, przytknął ostrze do gardła Cesarskiego i drżącą ręką pociągnął mocno. Z rany trysnęła krew, a Mag otworzył oczy. Alantar odskoczył od charczącego „przeciwnika”, nie mogącego złapać oddechu, panicznie próbującego uchwycić się życia, myślącego że jest jeszcze w stanie uratować sytuację. Jednak mimo że próbował zatamować krwawienie, po kilku chwilach jego głowa opadła bezwładnie, a z oczu zniknęły ostatnie iskierki życia. Był trzecim człowiekiem którego zabił Alantar. Chłopakowi drżały ręce, a jego myśli błądziły. Znów to zrobił… Ale przecież musiał, zginął by gdyby tego nie zrobił. Po kolejnych paru chwilach, wziął się w garść, albo on, albo oni, zaszedł za daleko aby teraz się poddawać, nie było już odwrotu, wybrał swą ścieżkę i jeśli nie będzie nią podążał, wszystko pójdzie na marne… Odwrócił się od trupa, wytarł sztylet o trawę i po raz kolejny wdrapał się na swego nowego wierzchowca. Miał jeszcze trochę czasu, zanim tamci wyruszą w pogoń i zamierzał to wykorzystać… Ruszył stępa, by na gościńcu przejść w szybki kłus. Nie było mowy o galopie, nie bez porządnego odpoczynku z strony jeźdźca jak i zwierzęcia. Trochę po południu, monotonny krajobraz pól i bliskiego lasu, urozmaiciła wioska którą napotkał Alantar podczas swej podróży traktem…

czwartek, 27 grudnia 2012

Sala Tortur


Ave wszystkim. Na początku, będę mile zaskoczony jak ktoś to przeczyta ;) Na początku nie myślałem że zrobię bloga, ale cóż, jakoś tak mnie naszło. To co będę tu umieszczał to fragmenty pisanego powoli przez mnie opowiadania, a może i "książki" o Alantarze, młodym magu. Aktualnie nie zamierzam tego układać chronologicznie, gdyż piszę to co na co akurat mam wenę, później zajmę się składaniem tego w jedną całość... A żeby dłużej nie zanudzać, oto pierwsza część mej skromnej twórczości, mam nadzieję że się spodoba ;)
Ps. Pisałem to niecałe 2h 3:> 



Z początku nie miał problemów, wiedział że nie utopią go, nie o to im chodziło, w końcu chcieli czegoś. Tylko czego? Odkąd znalazł się w tym pomieszczeniu, ani jeden, ani drugi nie odezwali się słowem. Może myśleli że tak go złamią? Że sam zacznie się pytać czego chcą? Aż tak łatwo nie było, cokolwiek chcieli wiedzieć, czy to o niej, czy o czymś innym, nie da im tej satysfakcji, to oni będą musieli odezwać się pierwsi. Kolejne łyki wody, krztuszenie się, a gdy ledwo co nabrał powietrza, znów jego głowę brutalnie zanurzano w beczce wody, lodowatej wody… W końcu jeden z nich, ten średniego wzrostu, szczuplejszy od drugiego, odezwał się:
- Koniec tych żartów, mam nadzieję że przekonałem ciebie do nie stawiania oporu… -
Przerwał na chwilę jakby zastanawiając się nad kolejnymi słowami, ale przecież wiedział co powiedzieć.
- Gdzie ona poszła? Dokąd się udała? -
Alantar uśmiechnął się leciutko i cicho odpowiedział:
- Która? Znam sporo dziewczyn. –
- Co? - Ten który mówił, kopnął chłopaka w twarz, tak że drugi, całkiem nieźle zbudowany, ledwo go utrzymał w rękach.
- Gdzie ta wiedźma której pomogłeś uciec! Gdzie jest ta cholerna latawica? Mów szczeniaku! – Przerwał równie nagle co zaczął, biorąc kilka głębszych oddechów aby uspokoić nerwy. Nie mogło go tak ponosić. Gdyby nie fakt że drugi mężczyzna miał mocny chwyt, Alantar najpewniej zwijał by się teraz z bólu na podłodze.
- Nie znam żadnej wiedźmy! – Odpowiedział spluwając krwią.
- Nie? Nie znasz dziewczyny której pomogłeś uciec? Tak zwanej czarodziejki? –
I właśnie te słowa rozwiały jego wszelkie wątpliwości, o ile jeszcze chwilę wcześniej mógł jeszcze mieć cień nadziei że nie mówił o Anastasi, o tyle teraz już nie mogło być mowy o przejęzyczeniu, nazwał ją „czarodziejką”, a tutaj, w Cesarstwie takich oskarżeń nie rzuca się bezpodstawnie, nawet jeśli mowa o armii… Czyli jednak ona była czarodziejką i to właśnie dlatego ją ścigali, a on wpakował się w kłopoty z których już się nie wykaraska, nie gdy w grę wchodziła magia. Ale skoro sprawy zaszły tak daleko, nie zamierzał im nic powiedzieć, lepiej zginąć tutaj niż wrócić napiętnowany…
- Nie wiem o kim mówisz, nikomu nie pomagałem. –
I tym razem spodziewał się ciosu, ale ten nie nadszedł, mężczyzna jedynie machnął ręką, a ten drugi, który go trzymał, poderwał go i posadził na krześle… Następne kilka godzin upłynęło w niekończącym się bólu, oraz kolejnymi pytaniami, „Co o niej wiesz”, „Gdzie pojechała”, „Co tu robiła” oraz wiele innych których nie udało mu się zapamiętać. Ale prócz pytań dowiedział się czegoś. Jeden z „Władających Mocą” miał wieczorem następnego dnia zawitać do miasta, a wtedy tamten z swą magią wyciągnie pożądane informacje. W końcu gdy tamci uznali że jeśli dłużej będą to ciągnąć, Alantar może tego nie przeżyć, wrzucili do małego paleniska żelazny pręt zakończony niezbyt skomplikowanym znakiem, znakiem który mówił że ktoś pomagał bądź ukrywał maga, znak który przekreślał całe życie. I właśnie wtedy, gdy jeden z oprawców wyciągnął ten jakże groteskowy „stempel”, rozgrzany do białości, padły ostatnie słowa z ust mężczyzny stojącego po lewej.
- To twoja ostatnia szansa, powiedz nam, a zapomnimy o sprawie… -
Ale nie, on nie zamierzał ni powiedzieć i obaj dobrze o tym wiedzieli. I dlatego ten czekał tylko ulotną chwilę, gdy skinął drugiemu aby ten zabrał się do roboty…