Ave wszystkim. Na początku, będę mile zaskoczony jak ktoś to przeczyta ;) Na początku nie myślałem że zrobię bloga, ale cóż, jakoś tak mnie naszło. To co będę tu umieszczał to fragmenty pisanego powoli przez mnie opowiadania, a może i "książki" o Alantarze, młodym magu. Aktualnie nie zamierzam tego układać chronologicznie, gdyż piszę to co na co akurat mam wenę, później zajmę się składaniem tego w jedną całość... A żeby dłużej nie zanudzać, oto pierwsza część mej skromnej twórczości, mam nadzieję że się spodoba ;)
Ps. Pisałem to niecałe 2h 3:>
Z początku
nie miał problemów, wiedział że nie utopią go, nie o to im chodziło, w końcu
chcieli czegoś. Tylko czego? Odkąd znalazł się w tym pomieszczeniu, ani jeden,
ani drugi nie odezwali się słowem. Może myśleli że tak go złamią? Że sam
zacznie się pytać czego chcą? Aż tak łatwo nie było, cokolwiek chcieli
wiedzieć, czy to o niej, czy o czymś innym, nie da im tej satysfakcji, to oni
będą musieli odezwać się pierwsi. Kolejne łyki wody, krztuszenie się, a gdy ledwo
co nabrał powietrza, znów jego głowę brutalnie zanurzano w beczce wody,
lodowatej wody… W końcu jeden z nich, ten średniego wzrostu, szczuplejszy od
drugiego, odezwał się:
- Koniec
tych żartów, mam nadzieję że przekonałem ciebie do nie stawiania oporu… -
Przerwał na
chwilę jakby zastanawiając się nad kolejnymi słowami, ale przecież wiedział co
powiedzieć.
- Gdzie ona
poszła? Dokąd się udała? -
Alantar
uśmiechnął się leciutko i cicho odpowiedział:
- Która?
Znam sporo dziewczyn. –
- Co? - Ten
który mówił, kopnął chłopaka w twarz, tak że drugi, całkiem nieźle zbudowany,
ledwo go utrzymał w rękach.
- Gdzie ta
wiedźma której pomogłeś uciec! Gdzie jest ta cholerna latawica? Mów szczeniaku!
– Przerwał równie nagle co zaczął, biorąc kilka głębszych oddechów aby uspokoić
nerwy. Nie mogło go tak ponosić. Gdyby nie fakt że drugi mężczyzna miał mocny
chwyt, Alantar najpewniej zwijał by się teraz z bólu na podłodze.
- Nie znam
żadnej wiedźmy! – Odpowiedział spluwając krwią.
- Nie? Nie
znasz dziewczyny której pomogłeś uciec? Tak zwanej czarodziejki? –
I właśnie te
słowa rozwiały jego wszelkie wątpliwości, o ile jeszcze chwilę wcześniej mógł
jeszcze mieć cień nadziei że nie mówił o Anastasi, o tyle teraz już nie mogło być
mowy o przejęzyczeniu, nazwał ją „czarodziejką”, a tutaj, w Cesarstwie takich
oskarżeń nie rzuca się bezpodstawnie, nawet jeśli mowa o armii… Czyli jednak
ona była czarodziejką i to właśnie dlatego ją ścigali, a on wpakował się w
kłopoty z których już się nie wykaraska, nie gdy w grę wchodziła magia. Ale
skoro sprawy zaszły tak daleko, nie zamierzał im nic powiedzieć, lepiej zginąć
tutaj niż wrócić napiętnowany…
- Nie wiem o
kim mówisz, nikomu nie pomagałem. –
I tym razem
spodziewał się ciosu, ale ten nie nadszedł, mężczyzna jedynie machnął ręką, a
ten drugi, który go trzymał, poderwał go i posadził na krześle… Następne kilka
godzin upłynęło w niekończącym się bólu, oraz kolejnymi pytaniami, „Co o niej
wiesz”, „Gdzie pojechała”, „Co tu robiła” oraz wiele innych których nie udało
mu się zapamiętać. Ale prócz pytań dowiedział się czegoś. Jeden z „Władających
Mocą” miał wieczorem następnego dnia zawitać do miasta, a wtedy tamten z swą
magią wyciągnie pożądane informacje. W końcu gdy tamci uznali że jeśli dłużej
będą to ciągnąć, Alantar może tego nie przeżyć, wrzucili do małego paleniska
żelazny pręt zakończony niezbyt skomplikowanym znakiem, znakiem który mówił że
ktoś pomagał bądź ukrywał maga, znak który przekreślał całe życie. I właśnie
wtedy, gdy jeden z oprawców wyciągnął ten jakże groteskowy „stempel”, rozgrzany
do białości, padły ostatnie słowa z ust mężczyzny stojącego po lewej.
- To twoja
ostatnia szansa, powiedz nam, a zapomnimy o sprawie… -
Ale nie, on
nie zamierzał ni powiedzieć i obaj dobrze o tym wiedzieli. I dlatego ten czekał
tylko ulotną chwilę, gdy skinął drugiemu aby ten zabrał się do roboty…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz