Ave ;) Jakieś kolejne 3-4 godzinki siedzenia przed komputerem i pisania, ja się da przydały by się jakieś nazwy miast i imiona postaci bo mam problem z wymyślaniem ;) Mogą być stylizowane na lekko rzymskie... Mam nadzieję że się tekst spodoba, to dalej kontynuacja pierwszego posta :D
Nie mógł
sobie teraz przypomnieć jak się nazywa, ale kiedyś przejeżdżał tędy z ojcem.
Choć tak naprawdę po co mu była by ta wiedza? I tak nie zamierzał się tu
zatrzymywać, przejechał przez nie kryjąc się, tak jak by był zwykłym podróżnym.
Tym bardziej trudno ukryć się wraz z koniem, gdy większość mieszkańców właśnie
wędrowała w tą i z powrotem, zajmując się własnymi sprawami. Miał chłopak
szczęście że znalazł akurat tą drogę, bo teraz już wiedział gdzie jest i gdzie
chce się udać, już nie uciekał na oślep... Minąwszy wioskę i znalazłszy się za
pagórkiem, spiął konia do szybszej jazdy, mimo wszystko nadal żołnierze mogli
go dogonić, a on prócz sztyletu odebranego Magowi, nie miał innej broni, na
magii nie mógł polegać, mimo że na razie nie zawiodła go, nadal nie wiedział
jakimi prawami się rządzi, a bał się na razie sprawdzać to samemu, nie mógł
teraz pozwalać sobie na zmęczenie jakie go ogarniało po jej użyciu, i tak ledwo
co się trzymał. Przez trzy dni nic, ani nikt go nie niepokoił, prócz kupców i
innych wędrowców, nikogo nie spotkał. To podnosiło go na duchu i dawało
nadzieję że jednak uda mu się uciec. Choć jeszcze niczego nie był pewien...
Miał jeszcze przed sobą niewielkie miasto, Sacium i jeśli tam ktoś wiedział że
jest ścigany, jego podróż szybko się skończyła, jednak gdy o poranku zjawił się
przed miejską bramą, straż nie zwróciła szczególnej uwagi na chłopaka, choć
fakt że był w opłakanym stanie, a siedział na całkiem niezłym rumaku, mógł dać
do myślenia, jednak po samym koniu również nie było tak dobrze widać jego
walorów, nie po tak wyczerpującej podróży... Alantar chciał tu spędzić nie
dłużej niż dzień, sprzedać szybko konia i sztylet, który z racji zdobień mógł
zwracać zbyt dużą uwagę, kupić kilka rzeczy i ruszyć w las, tym razem lepiej
przygotowany... Za kawałek sera i suszonego mięsa, dowiedział się od jednego z
żebraków że konia jak i cokolwiek innego sprzeda bez zbędnych pytań u
niejakiego Darrika, którego można było spotkać w oberży "Złoty Lampion",
cokolwiek by to znaczyło. Nie tracąc czasu, na podziwianie miasta, odszukał
oberżę, przywiązał konia do słupka wraz z dwoma innymi rumakami nie należącymi
do niego. W środku "Złoty Lampion" nie przedstawiał się ani
imponująco, ani biednie, wręcz "szaro", nie wyróżniając się dosłownie
niczym... Alantar czasu nie miał, toteż nawet nie bawił się, stanął na środku
pomieszczenia i zaczął mówić, głośno, aby każdy z nielicznych klientów go
usłyszał.
- Szukam
Darrika, mam interes, czekam na zewnątrz... -
Po czym
obrócił się na pięcie i wyszedł. Był zbyt zmęczony by uciekać się do
finezyjnych zagrań. Wcale jednak długo czekać nie musiał, wręcz przeciwnie,
zdążył uwolnić wierzchowca gdy z oberży wyłonił się mężczyzna w sile wieku,
porządnie ubrany, z sukcesem wymalowanym na twarzy.
- A czego
szukał by taki smarkacz jak ty u Pana Darrika? Co? -
- Tego co
inni, pieniędzy... Słyszałem że nie zadaje zbędnych pytań, za to z chęcią kupi
dobrego rumaka - Tu wskazał na swego konia.
- Oraz
jeszcze coś innego. -
- Tego tu
konia? Przecie to zwierzę zamęczone jest! Zdechnie zanim ktoś go kupi! -
Oburzył się mężczyzna.
- Czyli to
Pan... - Chłopak uśmiechnął się lekko.
- Ah, dobra
chłopcze, mów co tam jeszcze masz, bo tego konia możesz spisać na straty... -
- Najpierw
koń. Jeśli go Pan nie kupi, znajdę kogoś innego. Dowiózł mnie tu mimo że przez
cały tydzień był gnany ile sił, tydzień, dwa i będzie jak nowy. Jest
przeszkolony, potrafi poruszać się po lesie, swego czasu jeździł na nim
Cesarski Mag! - Tym razem uśmiechnął się szerzej i z juków wyciągnął zdobiony
sztylet.
- Ten
sztylet też chcę Panu oddać, sądzę iż lepiej posłuży niż mi. Sześćdziesiąt
nieoberżniętych złociszy, za konia i sztylet, w życiu Pan lepszego interesu nie
ubije... - Chłopak nie do końca miał prawdę, choć akurat taka kwota za konia i
sztylet naprawdę była kusząca, ah, czasami dobrze jest gdy ojciec jest kupcem i
chce wpoić synowi trochę wiedzy o swym zawodzie...
- Cesarski
Mag? Gdyby nie cena powiedział bym tobie abyś uciekał, uciekał jak najdalej.
Masz tu i leć, jeśli dopisze ci szczęście nigdy się już nie zobaczymy... -
Dodał po czym odsznurował jedną z sakiewek przy pasie, wyjął kilka monet, po
czym podał ją chłopakowi, ten przytroczył ją do paska, wyjął worek z zapasami,
podał sztylet i lejce, po czym odszedł, zarzuciwszy sobie prowiant na plecy.
Następne kilka godzin spędził na szukaniu potrzebnych mu rzeczy, takich jak
wysokie skórzane buty, również skórzane spodnie, nową koszulę i jakże by
inaczej, skórzaną "kurtkę", prócz tego sprawił sobie całkiem niezły
plecak do którego zapakował jedzenie, oraz już zwyczajny nóż. Gdy miał już
wszystko o czym pomyślał, zostało mu w sakiewce kilkanaście monet, które
zamierzał zachować na wszelki wypadek. Jeszcze przed zmrokiem znów znalazł się
na trakcie, który w pewnym momencie rozgałęział się. Alantar skręcił w prawo,
wprost do leśnej gęstwiny. Już się nie forsował, szedł spokojnie, miarowym
krokiem, tak aby nie męczyć się specjalnie. Znów zaczął rozmyślać... Nie mógł
przecież uciekać w nieskończoność, prędzej czy później, znajdą go, obojętnie
gdzie się ukryje. Nie mógł też zawrócić. Jak na razie postanowił zaszyć się w
lasach gdzie trudniej będzie go znaleźć, jednak to też było rozwiązanie
tymczasowe, nawet jeśli udało by mu się od czasu do czasu coś upolować, i tak
musiał by niekiedy wychodzić do ludzi...Tej nocy, gdy już ułożył się pod pniem
zwalonego drzewa, znów odnalazł niewielki kamyk który położył na otwartej
dłoni, zamknął oczy i przypomniał sobie jak to jest, w jego żyłach znów
pojawiła się moc, skupiony na tym uczuciu, chciał aby kamyk wzbił się w
powietrze. I tak też uczynił, unosząc się kilka centymetrów nad jego dłonią.
Nadal skupiony, zaczął poruszać kamykiem tak aby ten latał wokół jego
uniesionej dłoni. Po kilku chwilach fascynacji, złapał kamyk, a moc znów
odeszła, zostawiając po sobie nieznośne uczucie zmęczenia. Mimo wszystko
Alantar był zadowolony i zasnął szybko... Pierwszy raz od kilku dni, udało mu
się wyspać i nie czuć gorzej niż poprzedniego dnia. Nienaturalne zmęczenie
zniknęło, zostało jedynie to wywołane ucieczką, jednak nawet to dodawało
chłopakowi otuchy. Leśny krajobraz w miarę jak zagłębiał się, wcale nie
zmieniał się, jedynie drzewa niekiedy wyglądały starzej, potężniej... Tego
wieczoru kamyk znów krążył wokół jego ręki, raz jednej, raz drugiej, a gdy
zbudził się, czuł się lepiej, coraz lepiej. Bez swego przywódcy żołnierze chyba
zaniechali swej pogoni, gdyż jak na razie nie zapowiadało się aby byli choćby
na jego tropie... I to naprawdę go cieszyło. Znów chociaż trochę poczuł się jak
normalny człowiek. Powoli mógł już planować co zrobić, gdzie się udać. Jakimś
cudem jemu, szesnastoletniemu chłopakowi udało się uciec mimo iż większość
uważała to za niemożliwe, ba, udało mu się przeżyć spotkanie z "Władającym
Mocą" i wyjść z niego bez szwanku! Zastanawiał się ile osób kiedykolwiek
usłyszy jego historię... Może właśnie dlatego snuto opowieści jedynie o tych
którym się nie udało? Bo nikt nie dowiadywał się że ktoś uciekł? Coś w tym
było, choć przecież żołnierze mieli równie długie języki co i zwykli ludzie,
albo i dłuższe...Cóż, teraz nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
Kolejne dni zlewały się w jeden, wciąż ten sam krajobraz starego lasu, powoli
znikające zapasy, szlifowanie nowych umiejętności, sen. I chyba tylko dlatego
że z dnia na dzień odzyskiwał siły, liczył ile ich minęło, gdy cztery dni
później, siedział na skraju polany, oparty o rozłożysty dąb, godzinę czy dwie
po zachodzie słońca. Tą sielską chwilę zakłócił tętent końskich kopyt, oraz
dziewczęcy głos, a raczej krzyk. Chłopak zerwał się na równe nogi, a już chwilę
później zobaczył dziewczynę na koniu, która na jego widok krzyknęła i
spróbowała spiąć konia, ale ten wierzgnął i zrzucił ją z siodła, po czym
pogalopował dalej. Jeszcze zanim zniknął za ścianą lasu, Alantar zobaczył krew
na jego boku. Działo się tu coś bardzo przypominającego scenę sprzed kilku dni,
tyle że tym razem to nie jego ścigano. Skierował swe kroki ku dziewczynie, lecz
gdy ta tylko wstała, poczuł, a może zobaczył w jej oczach? Coś, co skłoniło go
aby zatrzymał się. I właśnie wtedy ona krzyknęła:
- Zabiję
chociaż jednego z was! -
I zamachnęła
się na niego, a z jej ręki wyleciał niewielki srebrny grot mknąc w jego stronę.
Zamknął oczy, przywołując moc. Chciał zatrzymać ten grot, nieważne ile go by to
kosztowało, chciał go zatrzymać. Gdy otworzył oczy, grot tuż przed jego
piersią, spowity w czarną "mgłę" nie poruszał się, zaś dziewczyna
opadała na ziemię. Nadal kurczowo trzymając się mocy krążącej w jego żyłach,
odsunął się na bok i znów zamykając oczy, puścił grot dalej, tak że ten uderzył
w drzewo i zniknął, pozostawiając po sobie głęboką dziurę. Alantar znów
spojrzał na nieznajomą. Słyszał w oddali kolejne pary końskich kopyt. Z
sztyletem w dłoni podszedł do bezbronnej dziewczyny, ukucnął przy niej i cicho
odezwał się.
- Kogo
chcesz zabić? Czarodziejko... -
Dziewczyna
zaczęła szlochać, nie miała już sił by znów go zaatakować, a obawiała się
najgorszego, on był magiem, a skoro nim był, mogło to oznaczać tylko jedno...
- Dobrze
wiesz, Cesarski psie! - Odpowiedziała, z złością w głosie, co w połączeniu z
łzami nie wyglądało zbyt przekonywująco.
Alantar
spojrzał na nią z zdziwieniem, choć zaraz zrozumiał o co jej chodziło...Co by
pomyślał on sam gdyby zobaczył kogoś na jej miejscu? Kogoś kto był w stanie się
przed nią obronić...
- Nic nie
wiem, a przynajmniej nie wiedziałem... - Mówiąc to wstał i podał jej rękę. Moc
znów powoli odchodziła, a przychodziło zmęczenie. Nie miał czasu aby uciekać,
konni mieli lada chwila wpaść na polanę.
- Rób co
mówię, a może zobaczymy jeszcze świt... - Może to jego słowa, a może po prostu
rozpaczliwa próba ratowania życia, ale dziewczyna wstała i kiwnęła głową.
- Pójdź
kilka kroków dalej, masz być widoczna od strony z której przybędą... Jak tylko
wyjadą mają ciebie widzieć, ja będę za nimi. Jak mnie zobaczą, oboje
zginiemy... - Nie czekając na odpowiedź truchtem pobiegł do jednego z dębów na
skraju polany, tak aby konni minęli go, zostawiając za swoimi plecami, sztylet trzymał
w dłoni, schowany za plecami, aby żadne nieporządne promienie księżyca nie rzuciły
odbicia na klindze. Ledwo zdążył to zrobić, pięciu jeźdźców wypadło, minęło go
i zatrzymało się kilkanaście kroków od dziewczyny. Jak na zawołanie, wszyscy
zeskoczyli z koni. Alantar ruszył w ich stronę, starając się być cicho.
"Władający Magią" stał w środku "szeregu"... Splótł ręce na
piersi i zaczął mówić...
- Nie
słyszałaś opowieści? Przed nami nie ma ucieczki mała wiedźmo. Zwykle staramy
się nie zaprzepaszczać młodych talentów, ale tutaj, nie dajesz nam wyboru... -
Gdy tak mówił, dwóch żołnierzy zaczęło się do niej zbliżać, każdy z innej
strony, dwóch zostało przy Magu, broniąc jego boków...
- Na mocy
danej mi przez Cesarza, ble, ble, ble, skazuję cię na... - Słowa maga zamieniły
się w bulgot gdy Alantar przeciął mu gardło. Nie tracąc czasu wyciągnął nóż z
jego pochwy i cisnął nim w Cesarskiego zbliżającego się do dziewczyny z
lewej... Drugiego zasłonił wojak po prawej Maga, wyciągający już wraz z
kamratem miecze. Chłopak pchnął ciało do przodu, rzucając się w raz z nim,
przetoczył się i wstał szybko, drugi sztylet, ten którym zabił Maga, powędrował
w stronę tego który chciał czarodziejkę zajść z prawej. Teraz zostało tylko
dwóch, a Alantar nie miał już broni... Gdy chciał się już odwrócić w ich stronę,
kątem oka zobaczył ostrze lecące w jego stronę i spróbował odskoczyć, za późno,
mimo wszystko miecz przeciął jego lewie ramię, prawie ocierając się o kość.
Chłopak krzyknął z bólu, i uniknął drugiego cięcia. Jeszcze przez chwilę unikał
ciosów, po czym przeciwnicy na chwilę przestali... Na pewno nie aby dać mu
odetchnąć... Spojrzeli po sobie bo czym każdy skoczył w inną stronę, pchając
ostrza jednocześnie z dwóch stron, wprost na niego. Alantar rzucił się na
plecy, podcinając przy okazji nogi temu po prawej, tak że poleciał na niego, co
zatrzymało cięcie kompana. W jego żyłach znów rozlała się moc, co chłopak
skwitował szybkim uderzeniem w spadającego na niego wojownika. Takich efektów
się nie spodziewał... Wiedział że dzięki temu jest w stanie szybciej i silniej
uderzać, ale jego oponent po prostu zmienił kierunek "spadania" lecąc
plecami na ziemię, odsłaniając tym samym Alantara na atak kolegi. Lewą ręką
chłopak złapał go za kostkę i spróbował wywrócić, przypłacając tą brawurową
akcję, kolejną falą bólu. Jednak ból był niczym w porównaniu z mieczem który
inaczej przebił by jego klatkę piersiową. Chłopak zerwał się na równe nogi.
Długo nie był w stanie tak walczyć, rana, zmęczenie i magia którą utrzymywał
kosztowała go sporo... Ostatni z Cesarskich też już zdążył się pozbierać i przy
okazji wpaść w szał, w końcu walczył teraz o swoje życie... I właśnie wtedy
Alantar zdał sobie sprawę co może zrobić... Wyciągnął rękę, i pchnął
przeciwnika z powrotem na ziemię. Gdy to robił, jego rękę spowiła czarna mgła,
urywająca się strzępkami, "żywa" niczym ogień, choć wolniejsza... Chłopak
pochwycił miecz tego którego powalił za pomocą dłoni, uniósł drżącą lewą rękę,
tym razem unieruchamiając go. Tym razem "mgła" znów spowiła rękę,
znów tą którą wyciągnął w stronę przeciwnika. Podszedł do niego i wbił miecz
prosto w serce, kończąc jego życie szybko i bezboleśnie. Teraz pozostało tylko
dobić ogłuszonego wojownika którego chwilę wcześniej powalił, tu już nie używał
magii, nie był w stanie. Powłócząc nogami doszedł do niego i wbił miecz, również
w serce, nie chciał zadawać niepotrzebnego cierpienia... A potem opadł na
kolana, w oczach mu pociemniało i zasnął, przynajmniej tak sądził...
Widzę, ze moja uwaga nie była tak słuszna, gdyż to opowiadanie i tak mocno wciąga ;-).Czekam na wiecej i życze weny ^.^
OdpowiedzUsuń