W tym
momencie, Alantar poczuł jak po jego żyłach rozlewa się dziwna moc, silniejsza
niż adrenalina, o wiele silniejsza. Ale on chciał jedynie uwolnić się, nie mógł
pozwolić aby wypalili mu na szyi ten znak. I klamry puściły, w jednej chwili, w
ciągu ułamka sekundy był wolny, a jego noga wystrzeliła by spotkać się z klatką
piersiową tego który trzymał żelazo. Zerwał się szybciej niż kiedykolwiek był
by w stanie, a jego oprawca poleciał do tyłu przewracając się i zahaczając
głową o kamienie paleniska. Drugi, ten który zadawał pytania zdążył wyciągnąć
sztylet, gdy Alantar przygwoździł go jedną ręką do ściany. Nie myślał teraz, po
prostu dusił go, uśmiechając się szaleńczo, gdy tamten przestawał powoli się
ruszać. Sztylet którym Cesarski chciał by się bronić, dawno zdążył się potoczyć
na ziemi, znikając w mroku pomieszczenia. W końcu zwiotczał w jego rękach,
umarł, a siła która krążyła w żyłach Alantara odeszła równie niespodziewanie co
przybyła, przez co chłopak puścił trupa, a ten opadł bezwładnie niczym kukła.
Co teraz? Co tu się stało? Nadal nie był w stanie uwierzyć co tu się stało, jak
to się stało. Jednak wiedział, jeśli tu dłużej zostanie, zginie. Zdjął z trupa
płaszcz i zarzucił na własny grzbiet, kiedy to przypomniał sobie o drugim oprawcy.
Zerknął zaniepokojony w jego stronę, lecz ten nie ruszał się, może też był
martwy? Alantar nie miał czasu na rozmyślanie o tym, musiał jakoś się stąd
wydostać. Prócz głównych drzwi, nie było tu innego wyjścia, dlatego nie
zastanawiał się ani chwili, zapukał do drzwi, zarzucając na głowę kaptur.
Zaczynał z powrotem czuć skutki kilku godzin tortur, cud że był w stanie
chodzić, tym bardziej że zaczynało go ogarniać dziwne zmęczenie, którego
wcześniej nie było… Z tych rozmyślań wyrwał go głos strażnika.
- Skończyliście
już?
- Nie
jeszcze nie, ale zostawiam ich samych, ma go jeszcze trochę zmiękczyć. –
Odpowiedział naśladując głos tego którego udusił.
- A co to za
hałasy były? Aż tu było słychać łupnięcie…
- Trochę
mnie poniosło… - Miał nadzieję że uda mu się oszukać strażnika i właśnie tak
się stało. Ten odsunął skobel, wypuszczając chłopaka z Sali. Alantar bez słowa
ruszył naprzód, wymijając strażnika. Wiedział gdzie jest, bywał tu już kilka
razy za drobne przewinienia i zwiedził niewielkie lochy Straży. Teraz trzymając
głowę nisko, szedł powoli w stronę stajni. O własnych nogach nie zajdzie
daleko, już ledwo powłóczył nogami, a jego bok znów zaczynał krwawić. O dziwo
nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, może przez wzgląd na porę dnia?
Była już ciemna noc, czas gdy co poniektórzy odwiedzali tutejsze Zamtuzy, czy
inne lokale wątpliwej przyjemności… I chyba właśnie dlatego nikt na niego nie
zwrócił uwagi. Po czasie który wydawał mu się niemiłosiernie długim, stanął
bocznych drzwiach stajni, spokojnie jak tylko potrafił rozejrzał się i dojrzał
jakiegoś chłopaka, wiosnę bądź dwie starszego od niego, jak przygotowywał
jednego z kilku koni. Cała reszta była już przygotowana do jazdy, co oznaczało
że lada chwila mieli wyruszać w pogoń za Anastasią. I tym razem sprawa była
prosta, Alantar podszedł spokojnie do chłopaka , ten skinął mu głową i rzekł:
- Jeszcze
chwila i gotowe, możesz Panie powiedzieć reszcie aby się zbierali. –
Ale nie, on
nie miał zamiaru czekać, a tym bardziej odchodzić… Zamachnął się szybko prawą
ręką i wyrżnął chłopaka w szczękę, aż ten znalazł się w objęciach leżącej na
ziemi słomy. Sprawnie dokończył dzieła kopiąc z całej siły w okolicy skroni,
tak że sam omal się nie przewrócił, co zaowocowało kolejnymi spazmami bólu.
Zgięty w pół, wybrał konia który wyglądał na najszybszego, złapał za lejce i
powoli zaczął prowadzić. Miasto było ciche, choć gdzie niegdzie słychać było
pijackie głosy, czy „wyznania miłości”. Chłopak jednak nie marzył o niczym
innym niźli położyć się i zasnąć. Jednak brnął w tej ciszy dalej, zmierzając do
jednej z trzech bram miasta. Miał teraz czas aby to wszystko przemyśleć, aby
znaleźć odpowiedzi na pytania. Jednak za każdym razem dochodził do tego samego
wniosku. Magia, tylko dzięki niej człowiek jest w stanie robić takie rzeczy,
tylko ona jest w stanie uwolnić człowieka w oka mgnieniu. A jednak nie wierzył,
nie wierzył że to on, że to on sam uwolnił się za pomocą magii. Magii która
przecież była w Cesarstwie zakazana, a ci którzy byli obdarzeni darem, ścigani
niczym zwierzęta, bądź zmuszani do wstąpienia w szeregi „Władających Mocą”. Czy
to mogła być prawda, że on, szesnastoletni chłopak był magiem? Czy to wszystko
sprawka Anastasi? Dziś nie był pewny ani jednego, ani drugiego. A jeżeli to
sen? Co jeśli to jedynie jeden wielki, koszmar? Jednak nie, czuł ból, jego ręce
drżały i nie był w stanie się obudzić, to była rzeczywistość, chora niemożliwa
rzeczywistość. Myśląc tak dotarł do bramy, gdzie kilku wartowników czuwało w
dzień i noc, jednak widząc płaszcz, otworzyli bramę…
- Straż
przednia, czy zwiad? – Zapytał jeden. Alantar przełknął ślinę, jego gardło było
suche niczym wiór, jednak odezwał się.
- Zwiad,
trzeba sprawdzić czy nie uciekła tą drogą. Mogłem powiedzieć że mam gorszy
wzrok, a nie posyłają mnie w środku nocy… - Skoro już i tak kłamał, trzeba było
robić to dobrze, w końcu godziny przesiedziane w celi na coś się przydały,
potrafił przynajmniej wyglądać jak strażnik i tak się odzywać.
- Ha! I coś
się wyrywał? Lepiej idź, bo coś mi się zdaje że chmury niedługo pojawią się i
nawet księżyca nie dojrzysz… -
I właśnie
gdyby nie fakt że księżyc, a raczej jego połowa świecił całkiem mocno, a niebo
było bezchmurne, chłopak wybrał to a nie inne kłamstwo. Nie czekając i nie
odzywając się, ruszył dalej, stękając cicho. Na odchodnym skinął jeszcze głową.
Kilka chwil później był już na przedmieściach, skupisku niewielkich chałup,
gdzie mieszkali najubożsi, dziękujący za każdy przeżyty dzień, gdyż od „dziczy”
nie odgradzał ich już żaden mur. Po kilku kolejnych krokach Alantar wspiął się
powoli na konia i ruszył stępa, krzywiąc się niemiłosiernie. Jednak mimo całego
cierpienia jakie czuł, będąc w siodle, znosił je, bo tylko tak miał
jakiekolwiek szanse aby uciec, czy chociażby przeżyć kolejny dzień. Gdy tylko
minął wszystkie domki, pogonił konia, musiał odjechać jak najdalej bo nie mógł
na koniu uciekać w nieskończoność. Gdy przeglądał juki, znalazł całkiem spory
zapas suszonego mięsa, trochę sera, oraz niewielkie ilości innego jedzenia.
Przynajmniej tego mu nie zabraknie. Nie znalazł za to żadnej broni, krzesiwa
czy medykamentów. O wodę też nie musiał się jeszcze troszczyć, co przyjął z
ulgą gdy znalazł jej sporą butelczynę. Musiał przysnąć na chwilę, bo gdy się
obudził, niemal spadł z konia, a na niebie ledwo co wzeszło słońce. Znów popędził
konia, wpadł na leśną drogę. Niemal do wieczora pędził ile tylko dało się z
konia wycisnąć, oraz ile sam był w stanie znieść, lecz pod wieczór zabrał jak
najwięcej prowiantu, bukłak wody i pogonił konia drogą, zaś sam zboczył w leśne
ostępy. Powoli zaczynało do niego docierać że to naprawdę się dzieje, a on
naprawdę włada magią. A przecież on jako jeden z niewielu, nie marzył aby
władać taką mocą, bo wiedział że gdyby ją miał, jego życie było by skończone. A
jednak był tu, żył jeszcze, tylko dzięki przypadkowi, ale żył. A wszystko przez
jedną dziewczynę, przez jego Anastasię. Gdyby jej nie spotkał, nie pomógł by
jej, a moc pewnie nigdy by się nie ujawniła. Jednak tak się nie stało, po
prostu musiał wtedy jej pomóc, musiał się zakochać w dziewczynie przez którą
zrujnował swoje życie. A przecież mówiła mu jak to się może skończyć, mówiła mu
że musi uciekać, nie chciała przyjąć jego pomocy, ale on musiał postawić na
swoim, tak jak teraz… Nie zamierzał zginąć, mimo że nie słyszał o nikim komu by
się udało uciec, on zamierzał zniknąć, uciec i przeżyć. I właśnie dlatego mimo
bólu i zmęczenia, brnął przez wiekowy las, aż nie był w stanie iść dalej.
Dopiero wtedy poszukał zagłębienia gdzie mógł by się schować i tam usnął.
Obudził się późnym rankiem następnego dnia, ukrył w mchu płaszcz uduszonego
przez niego Cesarskiego i ruszył dalej, mimo że sen nie przyniósł upragnionego
odpoczynku. Nie wiedział jak blisko jest pogoń, ale wiedział że jeśli się
zatrzyma, zginie. Rany pokryły się strupami, zmieszanymi z błotem i ziemią, zaś
jego zapasy kończyły się szybciej niż sądził. Mimo to miał jeszcze jedzenia na
dobre kilka dni. Problem zaś był z wodą, która już prawie mu się skończyła. Nie
znał tych lasów i nie wiedział gdzie mogą być strumienie i właśnie dlatego o to
się martwił. Bez wody nie miał szans na ucieczkę, nie w takim stanie. Ale szedł
dalej, w pocie czoła, mając nadzieję że się uda. Kolejnego wieczoru, gdy leżał
oparty o potężny dąb, zobaczył wilka, ten jednak widząc chłopaka, oddalił się
powoli. Skoro był jeden, oznaczało to że jest ich w pobliżu więcej, ale akurat
tym Alantar się nie przejmował, mimo wielu opowieści, wilki rzadko kiedy
atakowały ludzi, choćby i tak bezbronnych jak on. Gdy zjadł kolejny pasek
mięsa, wziął niewielki kamyk w dłoń i zaczął się nim machinalnie bawić. W
pewnym momencie, pomyślał że musi się przekonać że to on, a nie kto inny
uwolnił go. Wyciągnął rękę przed siebie trzymając kamyk na środku dłoni.
Próbował się skupić, chciał aby kamyk uniósł się w powietrze. Jednak to nic nie
dało, jedynie jego ręka lekko drżała, kamyk pozostawał na miejscu. Jeśli miał
przeżyć, musiał nauczyć się jak to kontrolować… Tym razem spróbował inaczej,
zaczął przypominać sobie jakie to było uczucie gdy moc wypełniała jego żyły,
zamknął oczy, a jego myśli po raz pierwszy od kilku dni stały się jasne i
klarowne, poczuł jak moc znów wypełnia jego żyły, nie tak silna jak wtedy, zaś
w jego głowie pojawił się rozkaz „unieś się”. I w tym momencie otworzył oczy,
zaś kamyczek uniósł się na kilka centymetrów, by zaraz opaś z powrotem. Alantar
uśmiechnął się i właśnie wtedy znów poczuł to zmęczenie, nienaturalne
zmęczenie, a jego ręce zaczęły drżeć… To nie był dobry pomysł, ale dał mu
nadzieję, wiedział że to na pewno on, nie kto inny, wiedział że to on posiada
moc. Było to zarazem dobre i złe. Teraz już wiedział że posiada coś o czym
niektórzy jedynie marzą, lecz właśnie dlatego miał zginąć. Położył się,
zmęczenie zaczynało brać górę, a po użyciu magii było jeszcze gorzej, a
przecież właśnie teraz potrzebował jak najwięcej energii… Mimo że zasnął w
miarę wcześnie, obudził się dużo po wschodzie słońca. To nie był dobry znak…
Znów zjadł poranną część posiłku i ruszył w mozolną podróż przez leśne ostępy.
Czuł że pogoń zbliża się do niego, jednak nie mógł mieć pewności że jego przeczucie
jest słuszne, dlatego tak jak i w poprzednie dni, znalazł miejsce nadające się
do spania i zasnął. Jednak tym razem obudził się w środku nocy, słysząc w
oddali tętent końskich kopyt. Zerwał się i zaczął biec przez las, nie miał
chwili do stracenia, musiał jakoś ujść pogoni, ale nie był w stanie przegonić
koni… Gdy wypadł na jedną z licznych polan w okolicy, na końcu polany już
czekał na niego jeden z jeźdźców, zaś kilku kolejnych było tuż za jego plecami…
Nie miał innego wyjścia jak stanąć na środku plany, osaczony przez Cesarskich.
W końcu po kilku chwilach z lasu wypadła dwójka pozostałych, jeden nie wyglądał
wcale na żołnierza, nie, Alantar rozpoznał w nim jednego z „Władających Mocą”…
Ci zatrzymali się w pewnej odległości od niego i zeszli z koni, ten którego
Alantar uważał za Cesarskiego Maga, odezwał się jako pierwszy…
- Nie masz
dokąd uciec chłopcze. Dobrze wiesz że jeśli teraz nie wykażesz się rozwagą,
zginiesz. – Mówiąc to, uśmiechnął się, jakby właśnie opowiedział przedni
dowcip.
- Zanim mi
coś odpowiesz, zastanów się. Mam dla ciebie ofertę. Powiesz nam wszystko co
wiesz o twojej przyjaciółce, i poprzysięgniesz wierność Cesarstwu, a ja zapomnę
o tym co się stało. Za parę lat staniesz się jednym z nas, będziesz wiódł
dostatnie życie i nikt nie dowie się o tym co tu się stało… -
Jego oferta
była kusząca, jednak on wiedział jak to się skończy… Nigdy nie zamierzał żyć
pod czyimś jarzmem. Ale warto spróbować…
- Będę mógł
wrócić z powrotem? – Zapytał się drżącym głosem, choć na tyle głośno aby tamten
go usłyszał. Zaś mag, zaśmiał się słysząc pytanie.
- Nie, nie
przez najbliższe kilka, lat, ale potem, czemu nie? Co ty na to chłopcze? – Mag
wyciągnął w jego stronę rękę. Alantar przez dłuższą chwilę się wahał, lecz w
końcu, ruszył wolnym krokiem, utykając lekko, podczas ucieczki kilka razy
przewrócił się… Powoli i jakby niezdecydowanie, zbliżał się do uśmiechniętego
Maga i w końcu doszedł. Będąc krok od niego, powoli wyciągając prawą rękę w
jego stronę, zamknął oczy i przypomniał sobie wszystko co się stało w ciągu
ostatnich kilku dni, zacisnął palce lewej dłoni w pięść i otworzył oczy gdy
miał już uścisnąć dłoń Maga, w jego żyłach znów rozlała się moc, a jego lewa
ręka wystrzeliła niby piorun, uderzając maga prosto w skroń, zanim ten był w
stanie zareagować. A przecież miał taki świetny plan, gdy tylko Alantar dotknął
by jego dłoni, został by pozbawiony świadomości, jednak chłopak był szybszy niż
się spodziewał… Nie czekając chłopak złapał Maga i zza jego pasa wyjął sztylet,
który przytknął do gardła ogłuszonego Cesarskiego. Jego kompani, zamarli, nie
mogli pozwolić aby „Władający Mocą” zginął, gdyby tak się stało, oni również
mogli pożegnać się z życiem. Zaś Alantar myślał, intensywnie myślało teraz… Nie
miał dużo czasu, jeżeli żołnierze zobaczyli by że się wacha, ruszyli by na
niego.
- Oddajcie jednego
konia, z pełnymi jukami, teraz. – Przerwał na chwilę, dając im czas na
wykonanie jego żądania. Gdy zapakowali juki do pełna, uszczuplając tym samym
własne zapasy, odezwał się po raz kolejny.
- O świcie będziecie
mogli odejść z tej polany, znajdziecie go na skraju lasu jeżeli ruszycie w tą
samą stronę co ja. Nie zamierzam wam tego utrudniać, z lasu wyjadę jadąc
prosto, potem możecie już próbować mnie szukać. Ale jeśli opuścicie tą polanę,
on zginie. – W jego żyłach nadal krążyła moc, więc bez większych problemów wrzucił
przyszłego trupa na grzbiet konia i sam wskoczył w siodło, znów przytykając
sztylet do gardła swej ofiary.
-
Zrozumieliście? Dowiem się jeśli ruszycie za mną… - Dodał i spiął konia. Nie
czekał na odpowiedź, wiedział że ci dwaj nie ruszą się z miejsca, wiedział że
wyruszą dopiero o świcie. Za to oni nie wiedzieli iż to nic nie da, „Władający
Mocą” i tak miał zginąć… Lekkim kłusem wpadł w bór, kierując się w stronę
granicy lasu. Kiedyś podczas polowania odwiedził tą polanę i tylko dlatego
wiedział gdzie powinien skierować konia, aby jak najszybciej wydostać się z
gęstwiny. Gdy tylko moc zniknęła, znów poczuł zmęczenie, zachęcające go aby zmrużył
powieki choćby na chwilę, czego nie mógł zrobić, nie teraz i nie przez
najbliższe godziny. Zaczynał być u kresu swych sił… Jednak świadomość że
przeżył to spotkanie, dawała mu nadzieję, a ta siły aby brnąć przed siebie i
nie zatrzymywać się. Niedługo później znalazł się znów na otwartej powierzchni,
pierwszy raz od kilku dni, widział wcale nie tak daleko gościniec. I to właśnie
tutaj zsiadł z konia, ściągnął nieprzytomnego Maga i ułożył go pod drzewem.
Przez chwilę wahał się, trzymając w ręku nóż, ale w końcu przełamał się,
przytknął ostrze do gardła Cesarskiego i drżącą ręką pociągnął mocno. Z rany
trysnęła krew, a Mag otworzył oczy. Alantar odskoczył od charczącego „przeciwnika”,
nie mogącego złapać oddechu, panicznie próbującego uchwycić się życia,
myślącego że jest jeszcze w stanie uratować sytuację. Jednak mimo że próbował
zatamować krwawienie, po kilku chwilach jego głowa opadła bezwładnie, a z oczu
zniknęły ostatnie iskierki życia. Był trzecim człowiekiem którego zabił Alantar.
Chłopakowi drżały ręce, a jego myśli błądziły. Znów to zrobił… Ale przecież
musiał, zginął by gdyby tego nie zrobił. Po kolejnych paru chwilach, wziął się
w garść, albo on, albo oni, zaszedł za daleko aby teraz się poddawać, nie było
już odwrotu, wybrał swą ścieżkę i jeśli nie będzie nią podążał, wszystko
pójdzie na marne… Odwrócił się od trupa, wytarł sztylet o trawę i po raz
kolejny wdrapał się na swego nowego wierzchowca. Miał jeszcze trochę czasu,
zanim tamci wyruszą w pogoń i zamierzał to wykorzystać… Ruszył stępa, by na gościńcu
przejść w szybki kłus. Nie było mowy o galopie, nie bez porządnego odpoczynku z
strony jeźdźca jak i zwierzęcia. Trochę po południu, monotonny krajobraz pól i
bliskiego lasu, urozmaiciła wioska którą napotkał Alantar podczas swej podróży
traktem…
Jak narazie podoba mi się ;), jednak czegoś mi brakuje ,a mianowice prosiłabym o więcej opisów i epitetów by móc się lepiej wczuć w fabułe, bo póki co jest nieżłe ale może być jeszcze lepiej ^^. Wiem że powinnam ocenić po przeczytaniu całość, ale to już tak na wstępie, a teraz się biorę za resztę :) ^^.
OdpowiedzUsuń