Trochę mało, ale jakoś zmogło mnie dzisiaj i więcej nie miałem jak napisać... Jeszcze może w weekend albo wieczorkiem coś napiszę ;) Mam nadzieję że się podoba :) Przy czym dalej proszę mówić co nie tak itp.
W pewnym momencie swych przemyśleń po prostu odpłynął,
zasypiając... Obudził się gdy jeszcze było ciemno, za sprawą jakiegoś
zwierzęcia które musiało przebiec niedaleko, łamiąc jakąś gałąź. Alantar nawet
nie spróbował wstać, zamknął ponownie oczy i po kilku chwilach zasnął. Tym
razem gdy tylko otworzył oczy, przed sobą miał twarz Sylvii, która potrząsała
go za zdrowe ramię. Uśmiechnął się i powoli usiadł, nadal krzywiąc się, rana
miała mu dokuczać jeszcze długi czas... Sylvia usiadła obok i zajrzała do
plecaka, który był w połowie pusty. To nie był dobry znak. Alantar powoli
wstał, podtrzymując się pnia drzewa i ostrożnie postawił kilka kroków, nie było
tak źle, zdążył mniej więcej odzyskać siły, choć gdyby miał teraz uciekać przed
realnym zagrożeniem, długo by sobie nie poradził... Na tyle na ile mógł, pomógł
dziewczynie w zwinięciu "obozowiska", po czym zarzucił sobie plecak
na "grzbiet", dostarczając sobie kolejnej dawki bólu przeszywającego
lewą rękę. I tak oto wyruszyli w dalszą podróż, kierując się w stronę traktu o
którym wiedział, oczywiście o ile nie pomylił kierunków... Z początku szedł w
ciszy, powoli przemierzając leśną gęstwinę, lecz ciekawość zwyciężyła i
postanowił co nieco dowiedzieć się o towarzyszce podróży. I właśnie tak
rozwinęła się długa rozmowa w której opowiedział jej nieco z swojego życia,
głównie moment ucieczki, pomijając kilka faktów, o których nie chciał
wspominać, sam zaś dowiedział się iż matka Sylvii była uzdrowicielką i zielarką,
a jej ojciec służył swego czasu w armii gdzie zginął z rąk jakiś zbójów podczas
jednego z patrolu. Prócz tego, okazało się że jej matka również była
czarodziejką i to właśnie od niej Sylvia nauczyła się jako tako kontrolować
swój dar i dopiero niedawno Władający Magią znaleźli je. Potem, cóż, jej matkę
zabito na miejscu, ona sama uciekła i tak się spotkali... Ona przynajmniej nie
musiała sama stawiać czoła wszystkiemu, przemknęło mu przez myśl, gdy
zastanawiał się nad jej słowami. On sam wychował się w kupieckiej rodzinie,
ojciec w domu był na krótko, nigdy do końca nie wiadomo było kiedy wróci, zaś
jago rodzicielka, cóż, również zajmowała się handlem, choć tutaj tylko w
rodzinnym mieście. Zawsze miał dużo czasu wolnego, nikt nie pilnował kiedy wraca
do domu, czy co robi poza nim, nie żył co prawda jak wielmoża, ale wspominając
teraz, nie miał na co narzekać... Teraz cieszył się że nikt nie zwracał uwagi
iż ćwiczył jak walczyć, ba w swoim domu zostawił dwa piękne ostrza, których nie
miał jeszcze okazji użyć w prawdziwej walce... Zatrzymali się pod wieczór,
zmęczeni, ale żywi, zjedli skromny posiłek i zasnęli, obok siebie, każde
rozmyślając o czym innym. Gdyby mógł, zasnął by i się nie obudził, jednak los
nie był dla niego łaskawy i gdy tylko otworzył oczy, spostrzegł coś
niepokojącego... Mimo iż była bardzo wczesna godzina, przed świtem, Sylvii nie
było. Rozejrzał się szybko, prawą ręką sięgając po rękojeść sztyletu u pasa. Po
jego towarzyszce nie było śladu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, za to "brzeszczot"
znajdował się na miejscu. Ociężale i z grymasem na twarzy wstał, przeklinając w
myślach swoją ranę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz